Prawo jazdy w ciąży. Można jak najbardziej. Jestem tego idealnym dowodem. Co prawda nigdy nie pałałam chęcią do prowadzenia jakichkolwiek pojazdów, za wyjątkiem roweru – zabawne teraz klnę na rowerzystów jak szewc-. Powiedziałabym nawet, że od zawsze uważałam, że nie każdy musi mieć prawko, i ja jak najbardziej do tej grupy się zaliczam…. ale jak Cię podstawią pod ścianą to się da.

Ja zostałam postawiona właśnie pod tą ścianą. Nacisk i presję miałam z każdej strony, no, bo dziecko kolejne w drodze i jak ja sobie poradzę to raz, tym bardziej, że to nie pierwsze dziecko a trzecie. Druga równie istotna sprawa to  wyprowadzka na tereny mocno podmiejskie gdzie ptaki zawracają, psy szczekają wiadomą częścią ciała  i takie tam.

Gdzie ty dziecko zimą z tym niemowlęciem – mówiła matka moja, nie mąż wtórował.  Ja sobie myślałam, jak ja z tym niemowlęciem autem. Prawo jazdy w ciąży, że ja mam je zdać, nigdy w życiu. Na samą myśl o prowadzeniu pojazdu w którym poza mną będzie 3 nieletnich w tym jedno niemowlę dostawałam tików nerwowych i skurczy przepowiadających. Ta odpowiedzialność mnie wbijała w fotel i sprawiała, że prawo jazdy było na końcu mojej listy osiągnięć życiowych.

Dopóki jeszcze pracowałam miałam wymówkę ale kiedy pojawiło się przymusowe L4 czasu zrobiło się jak by więcej, trzeba było coś z nim zrobić. W taki sposób poszłam dokształcać się na kierowcę. Może raczej nauczyć się zdać egzamin. Bo jeździć uczyłam się kolejny rok będąc już kierowcą.

Teoria jakoś poszła na jazdach nikogo nie zabiłam, kolizji większej nie spowodowałam. Rękaw opanowałam co prawda na słupki, podobno to technika dla wyjątkowo opornych, ale ja uważam, że każdy patent jest dobry. Jeżeli filowanie kiedy słupek numer dwa zrówna się z lusterkiem odpowiada, po co się czepiać, no po co.

O praktyce mogę za to opowiadać .Na początku chciałam obalić mit, że kobiety z brzuchem mają łatwiej. Nie mają.

Podejść zaliczyłam trzy.

O dziwo za każdym razem placyk idealnie, no bo słupki i rękaw o tyle miasto to poezja.

Podejście pierwsze finalnie zgubiła mnie linia ciągła. W międzyczasie nie wykonanie polecenia, skręt w prawo pomylił się z jazdą na wprost. Tutaj wychodzi przyzwyczajenie do wyuczonych tras niestety plus stres i młody walący w bebechy. Pociłam się jak mops, było gorąco bo czerwiec, instruktor powiedzmy, że miły, nie wydzierał się na mnie jak kolejni, wyrozumiały.

Podejście drugie, pełna mobilizacja, stres jak by mniejszy, młody skaczący z umiarem, warunki sprzyjające. Instruktor buc, widać, że miał dosyć, komentował wszystko co popadnie doprowadzając mnie do szewskiej a młodego do czkawki.  Co Pani tak wolno jedzie, nie uczyli, że dynamika jazdy też jest oceniana, dlaczego pani nie wyprzedza, długo mam jeszcze czekać. Tym razem zgubiła mnie próba wymuszenia pierwszeństwa podobno, moje argumenty były mało skuteczne. Do dzisiaj uważam, że to nie była moja wina. Nauczy się Pani, że lepiej poczekać, a nie jechać na złamanie karku, w ciąży pani jest,  ale dobrze Pani prowadzi usłyszałam na do widzenia… Wysiadłam z samochodu i się poryczałam, na szczęście lody ukoiły moje skołatane nerwy.

Wtedy Doszłam do wniosku, że chyba moja teoria na temat przynależności do grupy poruszającej się transportem komunikacji miejskiej tudzież rowerem była jak najbardziej zasadna. I nie każdy musi prowadzić…..

Podejście trzecie, tutaj już miałam wszystko w czterech, stres mnie zjadł, pewność siebie minęła jak ręką odjął, temperatura 30 stopni na plusie, młody dostał małpiego rozumu i uderzał gdzie popadnie…. Pojechałam nie umalowana prosto z działki włos rozwiany głos drżący. Pachniałam na kilometr bo się pociłam, generalnie wyglądałam jak obraz nędzy i rozpaczy. obiecałam sobie, że to moje ostatnie podejście, nie mam zamiaru wylądować na patologii z nogami w górze i czekać później do terminu.  W nosie, ostatnie podejście pomyślałam.

40 minut jeździłam, ostatnia wróciłam do ośrodka, wszystkie możliwe manewry odhaczone, 10 minut przed końcem usłyszałam, dobrze Pani idzie proszę już nie popełnić błędu – tak na dobicie.

I nie dałam się dojechałam, z żadnego egzaminu nie cieszyłam się tak bardzo i jest to jedyny egzamin którego nie chcę nigdy powtarzać.

Poryczałam się jak bóbr. Zjadłam 3 porcje lodów po których mnie zemdliło. Zdałam prawo jazdy. Boże jak ja teraz wsiądę za kółko.

Moje rady i spostrzeżenia końcowe….. 

Poza tym wszystkim jak wyżej,  prowadzenie samochodu w życiu rzeczywistym ma niewiele wspólnego z tym wyuczonym. Poruszanie się z prędkością 50 km na godzinę jest niemile widziane przez pozostałych uczestników ruchu, o prawym pasie można śmiało zapomnieć.

Niestety nie ma naklejek uwaga kobieta w ciąży prawo jazdy od miesiąca dopuszczalna prędkość 50 km.

Moje początki kierowcy były trudne, stresowałam się o te dzieci o tego gościa w brzuchu, że coś im się może stać. Po jakimś pół roku było lepiej a teraz mogę powiedzieć, że kocham prowadzić samochód. Uwielbiam. Zapomniałam jak to jest w komunikacji miejskiej. Z roweru korzystam rekreacyjnie i nie oddałabym mojego wozi-dupka nikomu. Poza tym warto sobie udowodnić że się da .

Prawo jazdy w ciąży można zdać, należy tylko na siebie uważać.

Wydaje mi się, że po narodzinach miała bym większe trudności. Mało czasu, ciągły bieg, niewyspanie. Na pewno warto spróbować. Do odważnych świat należy.

 

Zapisz

Zapisz

Podobne wpisy