Odkąd zostałam mamą długie weekendy nie należą do moich ulubionych dni w roku.

A odkąd jestem mamą na urlopie macierzyńskim z kilkumiesięcznym rzepem mleko żercą to już zupełnie ich nie lubię.

ZUPEŁNIE.

Jak jeszcze pracowałam panowała równowaga, człowiekowi brakowało tych wspólnych chwil, bo ciągle gdzieś biegł, wszędzie jakieś deadliny fuckupy i te inne chelenge z asapami.

Wówczas ten czas w domu wydawał się czymś nieosiągalnym i kojarzył się z nic nierobieniem.

A teraz, naprawdę nie zrozumcie mnie źle, ja kocham moje dzieci i nie wyobrażam sobie bez nich życia, ale jak zaczyna się długi weekend mam ochotę spakować walizkę i uciekać gdzie pieprz rośnie (pot.Spierdalać).

Jeszcze jak jest słońce i ciepło to jak cię mogę, wyjdą na dwór bawią się, wszak mają koleżanki i kolegów, ja mam poczucie, że robią coś sensownego. Robimy wycieczki, dzieje się, ale jak pada?

Ja pitolę. Jak pada i jest zimno to mamy Armagedon.

I tu ponownie powtarzam, że kocham moje dzieci, ale w takie dni ich nie lubię. Mam do tego prawo, jedno nie wyklucza drugiego. W takie dni, jak pada one się nudzą.

Ja nie wiem, jak to jest możliwe nudzić się. Kiedyś, jak ja byłam mała, nawet przez gardło by mi to nie przeszło, żeby tak powiedzieć do rodziców, że się nudzę. Zaraz bym zobaczyła pas kątem oka. A kątem drugiego oka spojrzenie mamy.

A moje dzieci robią to z pełną premedytacją.

Zaczynają rano, jak już zabiorę im komórki, czas na komputer się skończy. Jak zaliczą walkę, kto pierwszy gra na Xbox – ie. mam istne apogeum jęku.

– Nuuudzi mi się, mamo, co mam zrobić, nudzi iii mi się.

A ja z rzepem na biodrze dostaję białej gorączki.

Nic nie jest mi w stanie tak skutecznie spartaczyć dnia jak te słowa.

I dla jasności ja mam już duże dzieci, bo 11 i 9 lat to zacny wiek, który nie wymaga wymyślania zajęcia. Mam to już za sobą, klejenie, malowanie, lepienie, udawanie różnych wyimaginowanych przyjaciół. Szczerze skończyłam z tym, zacznę znowu jak junior osiągnie wiek ku temu sprzyjający. Jedyne, do czego jeszcze mogę się zmusić to gry planszowe, które i tak w 99 % kończą się kłótnią. Bo on miał być żółtym pionkiem a nie czerwonym, czerwonym był w zeszłym tygodniu. I to ona musi pierwsza rzucać kostką, bo on rzucał wczoraj. I dlaczego on znowu wygrał. Zabijcie mnie. Dobijcie już teraz. A może ktoś mnie przygarnie na te kilka dni.

Dzisiaj usłyszałam nudzę się trylion razy. Serio. Juniorowi wyrzyna się druga jedynką, więc wtóruje jękiem. Takie atrakcje jak czytanie książki, wspólna zabawa znaczy się brata i siostry, jakaś twórcza aktywność jak samodzielne rysowanie tudzież zbudowanie czegoś z lego, które w ilościach kosmicznych wala się w pokoju nie jest atrakcyjne. Spacer nie, bo zimno i może padać. Losie mój, jak ja byłam w ich wieku 99% dnia byłam poza domem, nie ważne czy deszcz, czy śnieg, nigdy mi się nie nudziło.

Dżizas byle do środy, w środę idą do szkoły.

 


Miło mi, że tu jesteś.

Jeżeli spodobał Ci się tekst proszę zostaw po sobie ślad!

Możesz polubić, skomentować, udostępnić 🙂

Albo zwyczajnie wracać, będzie mi jeszcze milej.

Podobne wpisy