Taki mały człowiek, najpierw czekasz 9 miesięcy aż się wykluje, liczysz dni, minuty, przebierasz nogami, a jak już się pojawia wracasz z sentymentem do czasów, kiedy był w środku, czasami kopał, ale spał z tobą, jadł z tobą i generalnie nie był problematyczny. No fakt, przypadłości ciążowe nie są najfajniejsze, ale w gruncie rzeczy nie było tak źle. Potem, kiedy już pogodzisz się z tym, że nie wciśniesz go do środka, czekasz aż usiądzie, zacznie raczkować no i chodzić, jak już zaczyna biegać wracasz z rozrzewnieniem do czasów jak tylko spał i był taki tyci tyciuteńki, gdzie musiałaś go bujać i przytulać, czasami ponosić, ale miałaś nad nim kontrolę. Później wielkimi krokami zbliżasz się do momentu, kiedy ten uroczy bobas zaczyna dostrzegać swoją odrębność i z uporem maniaka na każdym kroku pokazuje, że jego zdanie też się liczy. I w tym momencie tak naprawdę zaczyna się przygoda z rodzicielstwem.


Taki mój junior, ja nie wiem czy wasze młode też są tak uparte, ale moje nie dość, że wyssało to z moim mlekiem, które o zgrozo pociąga jak nałogowiec do dnia dzisiejszego to jeszcze zebrało w spadku po trochu od każdego z członków rodziny bliższej i tej dalszej. Taka mieszanka wybuchowa.

Mały buntownik.


Poranek i to, którą nogą wstanie zależy tylko od tego ile spał, jak spał, czy jest głodny i czy świat czymś go od rana nie wkurzył. Są dni, kiedy wstajemy z krzykiem, spacerujemy z krzykiem i idziemy spać z krzykiem. Dlaczego? Nie mam pojęcia.

Generalnie zasada jest taka, że albo jego jest na wierzchu albo nie ma nic. Jest tylko krzyk, kopanie, tupanie, rzucanie zabawkami, trzaskanie drzwiami i walenie, czym się da w ścianę. Taki temperament mi się trafił jak ta wisienka na torcie. Oczywiście ma czasami dni dobroci dla matki, ale są to pojedyncze przypadki.

Próba sił. Na pewno znacie to pojęcie, myślę, że każdy rodzic dwulatka je zna. Ba generalnie próba sił jak się już zacznie to się nie kończy. Nie ma, co się łudzić.

Jak każdy szanujący się dwulatek, moje dziecko posiada swoje popisowe numery? Jego numerem jeden jest rzucanie się w sklepie na podłogę. Sklep to idealne miejsce. Ludzi dużo, jest widownia, a powód może być naprawdę błahy. Najczęściej jest to słowo NIE na zmianę ze słowem NIE WOLNO. Etapy przed rzucawkowe przeważnie wglądają następująco. Jr siedzi w wózku, wchodzimy do sklepu po cokolwiek, po kilku minutach wózek zaczyna go parzyć, więc się w nim rzuca, żeby oszczędzić sobie sceny wyciągam gnoma i pozwalam biegać. Niestety przed kasą musimy się zatrzymać i poczekać i tu pojawia się problem. Z moich ust pada magiczne zdanie…

Natan NIE WOLNO. I wtedy pojawia się wkurw rosnący w siłę, który najlepiej zamanifestować finalnie, kiedy już nic nie pomaga, rzutem na ziemię i kopaniem nogami. Ile podług sklepowych moje dziecko w ten sposób już wyfroterowało, powinni nam za to płacić.

Kolejna scenka rodzajowa, która wymaga lekkiego wprowadzenia. Moje dziecko jest nader towarzyskie, lgnie do wszystkich, nie ważne, kto ile ma lat, jakiej jest płci, ważne, że słucha o samolotach, pająkach i muchach. Jak już moje młode dorwie swoją ofiarę, szybko łapie ją za rękę i udaje, że mnie nie zna. Bogu ducha winny osobnik, najpierw cierpliwie słucha, nawet się cieszy, że taki słodki mały ludzik z twarzą aniołka go zaczepił i tak uroczo opowiada o pająkach i macha do samolotów, ale po jakiś 20 minutach przeważnie chce się uwolnić. Ja pomału wychylam się z tyłów i mówię magiczne NIE, lub NIE WOLNO albo ZOSTAW poprzedzone tłumaczeniem, że nowo poznana ciocia albo wujek musi iść do domu, które oczywiście guzik daje. Oczywiście młody człowiek protestuje, więc biorę go na ręce i tu pojawia się wygięcie z krzykiem, które finalnie kończy się na ziemi, bo nie jestem w stanie utrzymać 12 kilogramów. Na ziemi mamy powtórkę sceny pierwszej, czyli pulsacyjne rzuty po chodniku, trawie czy jakikolwiek innym podłożu twardym.

I generalnie każda czynność, która w jakikolwiek sposób ogranicza wolność mojego dziecka finalnie kończy się ślizgiem na ziemię. Może to być wyczyszczenie nosa, umycie zębów, podanie syropu, założenie spodni, bluzki, pampersa. Wszystko.

Mały buntownik.
Ale że ja NO CO TY …

Mały zbuntowany człowiek. Zdobywca świata w pampersie z gilem do pasa. Na pewno to znacie.

I wiecie co jest w tym najgorsze?

Ja wiem, że to już nie minie, tylko zmieni postać, z rzucania się na ziemię w polemikę słowną, którą aktualnie przerabiam z pierwszą i średnim każdego dnia trylion razy dziennie……

Zrób sobie dziecko mówili, będzie fajnie mówili……

Mały buntownik.

Poczytaj również o problemie z mówieniem czyli kiedy moje dziecko w końcu coś powie ====>>TU

Podobne wpisy