Macierzyństwo jest pozamykane w etapach.

Każdy kolejny jest ciekawszy i bardziej daje mi popalić. Ja wiem, ze to są etapy czyli się kończą, tak, ta świadomość powinna mi generalnie pomagać, ale ostatnio mam już po czubek głowy czy jakoś tak.

 

Przeszłam już sporo, był etap noworodka, etap kolek i wiecznego krzyku.

Etap siedzę sam ale nic innego nie potrafię a chciałbym bardzo czyli darcie się z byle powodu.

Etap noszenia na rękach i spania tylko w wózku.

Etap pełzania, zostawiania śladów ze śliny i zlizywania znalezionych zdobyczy na przykład taki stary ogryzek co go średni syn sprytnie pod fotel wrzucił.

Etap raczkowania.

Etap pierwszego zęba i w naszym przypadku każdego następnego, gdyż zawsze jest tak samo rzewnie, płaczliwie i marudnie.

Etap pierwszy krok czyli uwaga idę i wszystko na mnie wpada, szafa na ten przykład, ściana, krzesło, stół.

Etap chodzę sam i wejdę wszędzie, czyli cardio cały dzień.

Jeden z milszych etapów, trwał bardzo krótko, nosił nazwę bawię się sam. To był cudowny czas, Jr siedział i bawił się autkami i innymi pierdami. Potrafił na przykład godzinę przekładać kamienie, na samo wspomnienie jest mi miło.

Teraz weszliśmy w ciekawy twór, jako że Jr ma już prawie rok i pół jego potrzeby podobnie jak on urosły, już nie lubi się sam bawić, osobą niezbędną i jedyna z którą uwielbia spędzać czas jestem ja. Najlepiej żebym była zawsze w zasięgu ręki i na wysokości oczu młodego. Jednym słowem pozycja kuczna na ziemi jest zadowalająca, mogę też leżeć, siedzieć ważne abym była w zasięgu wzroku i dotyku. Wszelkie odstępstwo od powyższego kończy się histerycznym wyciem.

Jak tylko zniknę na przykład w kuchni, a nie daj boże pójdę za potrzebą wiadomo gdzie,  tupot małych nóg podąża za mną, następnie jakiś małe rączki oplatają moje nogi i zaczyna się ryk. Ryczy tak długo, aż albo nie zejdę do parteru albo nie wezmę na ręce. Próbowałam go przetrzymać ale to jest za silny zawodnik, po 15 minutowej arii w jego wykonaniu mogę albo wyskoczyć przez okno, co biorąc pod uwagę, że mieszkam na pierwszym piętrze co najwyżej skończy się siniakami albo zająć się młodym czyli tachać na rękach lub spędzać czas w pozycji kucznej a reszta sama się zrobi, zlecenia się napiszą a dom sam posprząta, pranie powiesi, albo ja i tak mogę wymieniać.

Nie da się tak, więc jr wyje, ja mam ochotę wyć z nim do wtóru a NM pisze notorycznie, że zostaje dłużej w pracy.

Apogeum osiągam robiąc 2 z młodym na kolanach. Masakra, skupić nawet się nie można, totalne nieporozumienie. I nie rozpieściłam go, on zwyczajnie tak ma, jego obecna poczwarka taka jest. Nie do WYTRZYMANIA.

Młody również bardzo chce się już z nami komunikować, a potrafi tylko mama, tata, daj, am, nie, pa pa. Mały zasób czego nie umie powiedzieć wykrzyczy. Raczej trudno z tego zestawu złożyć zdanie mamo podaj mi ten zielony kubeczek co stoi na najwyższej półce. Najpierw zaczyna wymownie kwękać, jeżeli kwękanie nie daje wymownych dla niego rezultatów wpada w bez łzowy lament.

I tak każdego dnia od jakiś dwóch tygodni Jr krzyczy bo:

poszłam siku,

bo poszłam się umyć,

bo wstałam,

bo robię obiad,

bo on chce ten zielony talerzyk a ja wpadłam na to dopiero po 5 minutach,

krzyczy bo nie będzie spać,

krzyczy bo chce spać a nie może zasnąć

krzyczy bo chce cycka, albo nie chce.

I nie wiem ile ja jeszcze wytrzymam biorąc pod uwagę, że nie sypiam od ponad roku, co niestety podmywa moje pokłady wyrozumiałości, cierpliwości i empatii. Czasami się zastanawiam czy je jeszcze posiadam, zwłaszcza kiedy rzucam młodym do NM i wybiegam z domu na zakupy w Biedrze, które stały się ostatnio szczytem relaxu. Tu dodam że ja NIENAWIDZĘ zakupów. Człowiek jak widać się zmienia jak się nie ma SPA ma się Biedrę.

A kiedy zdarzy się, że Jr przestanie wyć i o dziwo ma 10 minut spokoju wchodzi córka moja, która weszła właśnie w etap buntu i wtedy to mam ochotę nakryć się nogami i zniknąć.

Takie etapy macierzyństwa….

Zawsze jest następny……..

Podobne wpisy