Nie wiem jak u was, ale dla mnie jesień, taka późna, absolutnie nie mówię o tej złotej, ciepłej jesieni, to jedna z najbardziej przybijających pór roku. Nie dość, że szaro, buro, pizga wiatrem, deszczem i cholera wie, czym jeszcze to dodatkowo, jest to okres wprost wymarzony dla infekcji mniejszych i większych i związanym z tym aresztem domowym z małym rozbójnikiem, którego aktualnie wychowujemy. Nic tylko sobie strzelić w głowę.


Jak bym tak pogrzebała pamięcią, zawsze, ale to zawsze ten okresy był dla mnie traumatyczny. Dni ciągnęły się jak flaki z olejem, przeważnie w 4 ścianach, chyba, że warunki atmosferyczne pozwalały na więcej na przykład spacer do sklepu, po gazetkę do kiosku na rogu albo wizytę u znajomych, przy założeniu, że akurat zarówno moje jak i ich dzieci były zdrowe, a uwierzcie, taka kombinacja zdarzała się od wielkiego dzwonu. Tak, więc siedziałam i starałam się nie zwariować, powtarzając sobie każdego ranka: Anka to będzie dobry dzień.

Nastawienie to połowa sukcesu, bo szklanka może być do połowy pełna albo do połowy pusta. Wiadomo. Ja bardzo pracowałam nad swoim nastawieniem do złego świata, który co pewien czas polewał mnie deszczem, śniegiem czy innym mokrym gównem.

Dobrze sobie powiedzieć, że to jest okres od do i powtarzać jak mantrę. Czas można liczyć, na przykład do świąt, byle przetrwać do świąt, wtedy przeważnie jest mróz, chociaż ostatnio go nie było, ale generalnie jest szansa na mróz i na to, że wytłucze wszystkie wirusy, poza tym spadnie śnieg, jak Bóg da i trochę zmieni się krajobraz. O magii świąt nie mówię, bo jak ktoś, co roku ma święta w domu to magię ma głęboko schowaną, ale są osoby, które czekają na te pierniczki i całą resztę. Można odliczać. Jak minął święta to właściwie zaraz będzie wiosna. Proste. A później lato i ciepełko.

Tydzień też można dzielić. Najważniejsze, aby wytrzymać do środy, zgodnie z przysłowiem środa minie tydzień zginie, potem jest zaraz piątek i weekend, szansa na regenerację, jakieś samotne wyjście do Biedry czy na kawę do kosmetyczki. Oczywiście to trochę zalatuje sarkazmem, ale wiecie jak często takie właśnie samotne wyjście na zakupy było dla mnie jak balsam na duszę? Generalnie trzeba o siebie zadbać, sytuacja nie zawsze pozwala na SPA ale jakieś odstresowanie z przyjaciółmi? Wyjście na miasto bez bez ogona? Cokolwiek, co sprawi, że na przez chwilę poczujemy się zwyczajnie dobrze i nabierzemy dystansu.

Tak samo dzień, dzielimy. Możecie się śmiać, ale ja dzięki temu dawałam radę w najbardziej krytycznych momentach. Najpierw należy wytrwać do pierwszej drzemki, przy założeniu, że młode jeszcze śpi, albo ma chęć zasnąć. Dobrze też sobie ułożyć plan dnia i działać na zasadzie od do. Wcześniej jak siedziałam w domu z dwójką, a była taka jesień, ba nawet dwie, zawsze starałam się właśnie zaplanować, co będę robić. Rano starałam się wyjść nawet na te 10 minut do kiosku po znienawidzoną gazetkę ze Świnką Peppą. Takie wyjście to niemalże rytuał, trzeba się przygotować, włos zrobić, trochę poprawić koloryt twarzy, wiadomo, taka namiastka wyjścia do ludzi, dzieci czują powagę sytuacji, idą coś kupić. Poza tym nigdy nie wiesz, kogo spotkasz, można nawet porozmawiać na tematy inne niż te dziecięce z napotkanym dorosłym. Jak było ładnie obowiązkowo spacer, nawet taki 20 minutowy, takie wyjście bardzo dużo daje. Jak jest zimno człowiek wraca  do tych 4 ścian z przyjemnością. Potem jakieś drugie śniadanie, bajka i wspomniana wcześniej drzemka. I już mamy połowę dnia za sobą. Następnie szykowanie obiadu, karmienie, sprzątanie, lecą kolejne godziny, popołudniu robiłam planowane aktywności, jakieś wycinanki, wylepianki, klocki, puzzle, cokolwiek. I robi się wieczór, kąpiel i spanie. Koniec. Czas dla mnie. Książka, nauka, praca, cokolwiek.

Miałam też swoją paczkę osiedlowych mam, które posiadały dzieci w wieku zbliżonym, i jak wirusy nam pozwalały widywałyśmy się regularnie. To było mega. Teraz mi tego brakuje, chociaż tak całkiem sama nie jestem. W każdym razie dobrze się zbratać z mamami, raz, że przeżywają to co my i też szukają wsparcia a dwa czasami powstają w ten sposób przyjaźnie na całe życie, wiem co mówię.

Jesienna depresja jak z nią wygrać.

Wychowując trzeciego też działam schematami, w poniedziałki, środy i piątki mam zajęcia z młodym, przy założeniu, że jest zdrowy. Nasz cykl jest następujący 3 spotkania tydzień gili, teraz mamy gile, ale i tak jest ok. W te dni czas mi leci szybciutko, no może popołudniu trochę się dłuży, ale jest do ogarnięcia. Każdego dnia obowiązkowo idziemy na spacer z psem, czytamy, malujemy albo lepimy, albo budujemy z klocków, jednym słowem zapycham luki, aby nie myśleć tylko iść. I pozytywnie, byle nie popaść w marazm i pesymistyczne myślenie.


Do przodu kochani, listopad minie jesień zginie.

Jesienna depresja jak z nią wygrać.


Podobne wpisy