Może zacznę od tego, że nie jestem idealnym rodzicem, czy w ogóle tacy istnieją? Może co po niektórzy sobie tak myślą, że są tacy zajebiści, ale ja nigdy nie uważałam się za idealnego rodzica, wręcz przeciwnie. Im więcej dzieci urodziłam tym mam gorszą samoocenę a mój autorytet ciągnie się po ziemi jak szmata od podłogi. Czasami się zastanawiam czy on w ogóle jeszcze jest.


Nie wiem jak jest u Was w domu, czy wasze młode słuchają tego, co staracie się im przekazać w każdy możliwy sposób werbalny i niewerbalny, bo ja poległam sromotnie i mam wrażenie, że każdego dnia gadam z dupą, która regularnie się na mnie wypróżnia, nawet kilkukrotnie. Przepraszam za nieładne porównanie. Podobno, aby właściwie przygotować się do rodzicielstwa należy uprzednio 4 lata wcześniej gadać do słupa.

U nas w domu są 2 duże słupy i jeden malutki. W tym jeden damski, on się liczy za dwa słupy.

Każdego dnia wstaję rano i sobie powtarzam to będzie dobry dzień. Dzisiaj nie będę krzyczeć, przecież kocham moje dzieci, będzie dobrze, będzie zajebiście. Takie pranie mózgu, kiedy oczy są jeszcze zamknięte, a palec trzeciego usilnie stara się wcelować do mojej dziurki w nosie.

Jak przekroczę drzwi sypialni dostaję w pysk od rzeczywistości. Tak naprawdę w domu naszym są 4 zapalne punkty pies, lekcje, telefon, lustro.

Pies to temat rzeka, był wyczekany, wyproszony, pierwsza pisała litanie, co będziemy mogli jej zabrać, jak nie będzie wychodzić z nim na dwór, niemalże podpisała się krwią własną. Taki chwyt na rodziców. Każdego jednego dnia jest to samo. Poniżej przykładowa rozmowa z wczoraj…..

– Wyjdź z psem

– Zaraz

– Zaraz to taka bakteria, wyjdź z psem, umawialiśmy się, że nie wychodzisz rano, tylko po szkole, jest po szkole, weź sukę na spacer…

– Ale dzisiaj przyszłam wcześniej 10 minut, więc wyjdę za 10 minut..

W międzyczasie pies o którym mowa kręci się w kółko i drapie w bramkę

– Ona chce siku, wyjdź z nią na dwór – tutaj już cedzę przez zęby i staram się nie popluć licząc do 10

– Boże wytrzyma przecież, zaraz z nią wyjdę, – i tutaj się przelewa, bo pierwsza w tym czasie leży na łóżku z telefonem w ręce i robi NIC, pies drapie a ja mam tik w oku. To by było na tyle, jeżeli chodzi o nie krzyczenie, bo się nie da, czasami mam wrażenie, że jak nie krzyknę to nikt mnie nie słyszy, poza suką, która słyszy każde otwarcie lodówki.

– Dobrze nie chcesz to nie, proszę o telefon do wieczora zostaje na szafie, ale leż sobie dalej na łóżku, nie wychodź, ja z nią wyjdę, TY na pewno nigdzie dzisiaj z domu nie pójdziesz – najgorsza i jedyna broń na nastolatki, pozbawić je kontaktu ze światem czyli zabrać telefon, tablet, komputer i stary telefon, który o dziwo jeszcze jest schowany gdzieś w odmętach pokoju.

– No dobrze już wyjdę, choć suka, ale tylko na 10 minut…

– Z Zosią jutro też się zobaczysz tylko 10 minut z zegarkiem w ręku – cedzę znowu

– To na ile mam iść…

– Na 30 minut i do lasu, na SPACER, na powietrze, zrozumiałaś, LAS.

– 30 minut?! Dawid wychodzi na 10…… pójdę na 20…

Ten dialog trwa dalej, rozumiecie, suka drapie, młoda się ciska i na każdy mój argument ma 10 kontrargumentów. Finalnie idzie z fochem. Ja ocieram pot z czoła, jak po bitwie, ale wcale nie uważam, że ją wygrałam bo zaraz będzie kolejna i kolejna. Ostatnio generalnie dochodzę do wniosku, że wychowanie dzieci to jedno wielkie pole minowe. Cały czas na jakąś wdeptujesz.

Lekcje to kolejny temat rzeka. Jeszcze jak pizga złem za oknem to siedzą w domu z tyłkami i robią, ale niech tylko będzie cieplej jak teraz to mogę zapomnieć o jakiejkolwiek współpracy. Poza słynnym słowem ZARAZ mamy jeszcze POTEM, ZA 5 MINUT, JAK SPOTKAM SIĘ Z X, Y, Z i tak mogę wymieniać, wieczna polemika słowna, czasami mam wrażenie, że cały dzień muszę udowadniać swoje racje.

Telefony przyrośnięte do ręki to kolejny problem. Teraz wszyscy mają i wiem, że to jest złe, ale im dozuję. Tylko tu też jest walka. Odłóż telefon. ZARAZ. TERAZ. ZARAZ. Odłóż NATYCHMIAST. Za 5 minut PROSZĘ. Po chwili. Minęło 5 minut, odłóż telefon. No jeszcze chwilka. ODŁÓŻ. Ale jesteś. Foch, dąs, pląs. Ile razy zabieram i chowam. Losie drogi.

łazienkę okupuje pierwsza i wszystkie lustra w domu, te małe, większe i te największe też. Przed wyjściem z suką musi się ogarnąć, potrafi się 4 razy przebrać. To samo przed wyjściem do szkoły, czy gdziekolwiek. Mamy jedną łazienkę osób jest 4, trzeciego nie liczę. I mówisz, tłumaczysz, prosisz i słyszysz ZARAZ. To słowo ZARAZ jest jak czerwona płachta. Mogę sobie powtarzać, że jestem tą oazą spokoju, kwiatem lotosu czy innym chwastem, jak któreś z moich dzieci wypowie ZARAZ to wybucham.

Nie pomaga liczenie do 10, 100, zamykanie się w łazience, bieganie, siłownia, wulgaryzmy wypowiadane w myślach, jak nie krzyknę to się nie zmienia.

Zdecydowanie nie jestem idealnym rodzicem.

Dziękuję.

U was podobnie?

Podobne wpisy