Trzeci poród strach się bać.

Trzeci poród to nie lada wyzwanie. Tak, to mówię ja , matka trójki dzieci. Może się wydawać, że to pikuś, wszak ma się już wprawę.

Nic bardziej mylnego. Strach jest jeszcze większy właśnie dlatego, bo się wie o wiele za dużo i oszukiwanie samej siebie, że boleć nie będzie jest jak wiara we wróżki czy inne śmieszne skrzaty leśne. Ja bałam się tej chwili od momentu kiedy zobaczyłam dwie kreski ciążowe na sikaczu.

 

Kilka słów o tym jak nienarodzony przywitał się ze światem.
Muszę powiedzieć, że absolutnie nic nie zapowiadało, że to ten dzień.

Rano odstawiliśmy młodzież do szkoły i pojechaliśmy na KTG. Taki rytuał przed porodowy. Cisza na morzu, może jeden skurczyk się zapisał, ale taki tyci tyci. Jeszcze szybkie badanie….

Żadnych rozwarć, M1 pozamykane szczelnie.

Młody żywy jak zawsze, tu kopnie, tam za pępowinę pociągnie.  Brzuch jak opuszczony worek sako, stopy jak balony bo upał. Zdecydowanie ta trzecia ciąża najbardziej mnie sponiewierała. To jest taki paradoks, bo z jednej strony bałam się porodu jak nie wiem, ale z drugiej….. Z drugiej strony marzyłam już o tym. Aby urodzić i móc spać na plecach, chodzić szybciej niż ślimak i przestać sikać co 15 minut. I stopy, widzieć stopy. No i aby móc się normalnie ogolić, a nie z lusterkiem……

Wróciliśmy do domu, nastawieni, że to jeszcze nie dzisiaj.

Popołudniu jeszcze poopalałam nogi na tarasie, bo jesień nic z jesienią nie miała wspólnego, raczej  z tropikiem, co dotkliwie odczuwał cały mój organizm. Pogawędziłam z mamą i toną innych osób na temat tego, ile jeszcze, czy to może już i tak dalej. Typowe klimaty ciężarówki przed porodem.

O 20: 20 zapodaliśmy meczyk, po euro jeszcze byliśmy w klimacie, dotrwaliśmy do 15 minuty tej żenady, nie dało się dłużej oglądać, tak chyba od tego momentu coś się zaczęło.

Coś rosło w siłę, bolało jakby bardziej i nie chciało przestać, wzięłam prysznic, wzgardziłam masażem kręgosłupa ze strony nie męża i padłam jak mucha. Podobno chrapałam jak traktor.
Śniłam o skurczach. Fatalnie. W końcu obudziłam się sapiąc jak lokomotywa.

Starałam się zasnąć, ale nie dało rady.

Około 03: 00 doszłam do wniosku, że coś jest nie halo, trochę jakby za bardzo, co 5 minut.

Szturchnęłam nie męża
– To chyba jakby już…

Nie mąż jak na filmach wyskoczył z łóżka, z 10 minut szukał okularów, kolejne 10 minut gaci, potknął się o fotelik na gacie i łóżeczko.

Wziął prysznic, umył zęby ba nawet wyprasował sobie spodnie i bluzkę, spakował małoletnich uwaga prasując im rzeczy.

W tym czasie ja matka siedziałam na łóżku i myślałam klnąc jak szewc z regularnością 5 minutową czy jechać czy nie jechać, no, bo jak pojedziemy a okaże się, że to nie to, to będzie słabo, nie daj boże mnie położą na oddział, o losie …… kolejny skurcz….. i kolejny… nie mąż nawet kawy się napił, przeparkował samochód, zapakował torbę….

Ja w tym czasie zmyłam makijaż z wczoraj. Uczesałam włos, zaczęłam się zastanawiać nad kwestią konieczności zdjęcia koszuli nocnej, bo w sumie, po co, skoro i tak ją założę, ale jechać tak w szlafroku…. Kolejny skurcz ….. Szlafrok i papucie nie są złe…..

Dzieciaki w kołdrach zostały wpakowane do auta, odstawione do dziadków, o 6: 00 izbo przyjęć witamy.
Po 20 minutach zszedł zaspany lekarz opukał M1 nic zamknięte a skurcze w kosmos, na delikatne pytanie  o znieczulenie zaśmiał się mówiąc porozmawiamy za 6 godzin….

Boże coś Polskę, 6 godzin twa mać, skurcz…skurcz….skurcz…

Porodówko witaj, perypetii opisywać nie będę, bo nie ma, czego, niech to pozostanie naszą tajemnicą. Jedynym plusem o którym wspomnę, było to, że na całym piętrze tylko ja rodziłam, kumacie no nie? Cała porodówka nasza, co 5 minut wchodziła do mnie nowa osoba z zapytaniem jak się czuję, czy boli, czy nie boli, a może w czymś pomóc a może picie, lewatywkę, wodę jakąś, no jak w prywatnej klinice.

 

W takim klimacie dotrwaliśmy do godziny 08:00 kiedy to nienarodzony uchylił drzwi swojego lokum na centymetrów 7 i to już był max możliwości wytrzymania progu bólowego.

Nie mąż poruszył cały oddział i pod groźbą uszkodzenia części ciała lekarza, bo ja podobno potrafiłam odgryźć palce, dostałam znieczulenie.

Po 30 minutach z mojego kręgosłupa została poprowadzona rurka, przez którą popłynął magiczny płyn i nie bolało już nic……

Błogość totalna, tak można rodzić, nawet pożartowałam z lekarzem i pielęgniarkami,  skurczyki się pisały ja odpoczywałam. Przewracałam się z boku na bok, mogłam oddychać, błogostan. Dopiero parte dały mi w kość i to tak, że myślałam, że ducha wyzionę razem z młodym, który postanowił się zatrzymać w połowie drogi i musiałam się nieźle nasapać aby go wypluć. O 10: 15 nienarodzony skapitulował i opuścił swoje lokum.

Narodziny taty, to również cud narodzin.

I są z nami najukochańsze malusie paluszki pod słońcem……

Zapisz

Zapisz



CAŁA TRÓJKA KILKA DNI PO NARODZINACH…. SŁODZIAKI


P.S. Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post, zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu  Możecie go też udostępnić swoim znajomym. Dziękuję! :*

O znieczuleniu możecie poczytać TUTAJ.

Podobne wpisy