Wakacje z dziećmi czyli wszystko się może zdarzyć. Wiecie jak to jest jak się jedzie na wakacje z dziećmi. Wszystko się może zdarzyć. Totalnie wszystko. Zakładałam, że w tym roku pewnie coś tam się nam przytrafi, ale. No właśnie, ale się działo znacznie więcej niż zakładałam.

Może zacznę od tego, że w wieczór poprzedzający nasz wyjazd, kiedy pierwsza łaskawie przyznała mi rację, że to już ten czas, aby się spakować, zadałam jej jedno pytanie, które zaczęło ciąg zupełnie zwariowanych zdarzeń..

Tylko pamiętaj, aby zabrać dowód, sprawdzają na granicy…

Dowód, mój dowód? A to nie jest u Ciebie?

Nie nosisz go od pół roku w portfelu…. OLIWIA?!

W moim portfelu naprawdę? Ale ja go od 3 miesięcy nie widziałam…..

Tu się pojawił jęk, stęk, chlipanie i inne dziwne odgłosy.

I rozumiecie, dzień przed wyjazdem.

Przekopaliśmy całe mieszkanie.

Pokój pierwszej nie pamięta takiego porządku.

Sprawdziłam każdy zakamarek.

Wymiotłam każdy kurzyk, każdą książkę podniosłam, wyrzuciłam z szuflad wszystkie zbędne papiery. Nie ma. Chuj. Młoda obszukała wszystkie koleżanki, obdzwoniła, kogo się dało. Nikt nic nie widział. Nikt nic nie wie.

W dzień wyjazdu, który musieliśmy przełożyć na popołudnie, obdzwoniliśmy wszystko, co się dało. W urzędzie miasta pani zaśmiała się do słuchawki i powiedziała, że najszybciej za dwa tygodnie i w ogóle to mogłam pilnować dokumentu dziecka. W ambasadzie zasugerowali nam, że może jakby córka była poważnie chora i miała takie zaświadczenie, że na ten przykład w Chorwacji ma przeszczep nerki albo jakiś inny zabieg, czy badania, to oni by wystawili jej paszport tymczasowy, ale na wyjazd możemy zapomnieć, poza tym mogłam pilnować.

Byliśmy w czarnej dupie. NM przetrzepał fora w poszukiwaniu informacji na temat przekraczania granicy bez dowodu dziecka i dowiedział się, że sprawdzają, że można nocą cichaczem, ale jak złapią to tylko ambasada, a tam potrzebna zgoda obydwojga rodziców. Czarna dupa.

Po burzy mózgów, ustaliliśmy, że jak nas nie wpuszczą pojedziemy do Hiszpanii, w dupie z zaliczką, przecież nie zostawimy dziecka w domu. Na granicę pojedziemy, ale nie tą główną tylko w takim zadupiu, młodą nakryjemy kocem i udamy, że jej nie ma, poza tym jechaliśmy w osób 7, więc może się nie doliczą jak rzucimy wszystkie dokumenty, jakie mamy łącznie z tymi z NFZ. Będziemy nad ranem, może sprawdzający będzie zaspany i machnie ręką. A poza tym, przecież nic złego nie robimy, chcemy tylko wyjechać na zasłużone i wyczekane wakacje.

Ruszyliśmy o 17, napięci jak struny, chociaż nikomu się nie chciało spać. Elegancko pokonaliśmy Polskę, Czechy, Austrię i Słowenię. Koło 4 nad ranem dojechaliśmy do zadupia, o którym chyba sam Bóg zapomniał. Totalna pustka, ciemno jak w dupie, latarni jak na lekarstwo, jak w jakimś horrorze. Tylko las i kręte ścieżki. Ja tylko czekałam, aż wyskoczy nam jakiś zwierz, samochód stanie a potem to sami wiecie. Po 30 minutach jazdy, która powodowała stan przed zawałowy, zobaczyliśmy budkę strażnika. Nic, kto nie ryzykuje ten nie ma. NM podał z uśmiechem plik dokumentów, 13 sztuk, no, bo dowody i NFZ. I……… nic się nie wydarzyło, strażnik machnął ręką, cos tam przejrzał i pojechaliśmy.

Normalnie takiej ulgi dawno nie czułam, pierwsza uchyliła koc i zapiszczała ze szczęścia….

To już tylko musimy wrócić- rzucił NM

Albo zostaniemy w Chorwacji, ja tu mogę zamieszkać ….

dodała młoda, po czym nakryła się kocem i tyle jej było.

Takie buty, oczywiście to nie wszystko, jak tylko dojechaliśmy złapaliśmy jakiegoś wirusa, podobno od komarów. Najpierw NM oznajmił że ma 39, ale był dzielny nie marudził, wziął procha i dał radę. Następnego dnia najpierw młodej wszedł w nogę jeżowiec wtedy po raz pierwszy odwiedziliśmy lokalną pomoc doraźną, następnie średni oznajmił, że boli go głowa i chyba brzuch a termometr pokazał 40,5 stopnia. Popołudniu kolejny raz siedzieliśmy na doraźnej. W między czasie średni puścił pawia, dostał kroplówkę i generalnie dowiedzieliśmy się, że wirus i że pewnie sieknie resztę towarzystwa. Taki fun. Ale wiecie co, to był jeden z lepszych wyjazdów pomimo tych perturbacji.

Swoją drogą, ciekawe, co nas spotka za rok, bo jakby stopień trudności w porównaniu z ubiegłorocznym wyjazdem drastycznie się nam podniósł.

Podobne wpisy