Niebawem Wielkanoc. Lubię te święta, jest ciepło, może nie zawsze, ale większa szansa na to ciepło niż zimą. Jest zielono, kwitną kwiatki, człowiek ma jakby więcej energii, jakby więcej mu się chce. Zbliżające się święta można poznać po wielu rzeczach. Nie będę ich wymieniać, przecież na pewno je znacie. Jedna z tych rzeczy zasługuje na szczególną uwagę. Mycie okien.

Wczoraj byliśmy w gościnie u babci, po drodze przejechaliśmy całą Łódź, bo my na terenach mocno podmiejskich mieszkamy. Tak jadąc patrzyłam się po domach, blokach – taki mam fetysz i co? W co drugim oknie wychyla się głowa ze szmatą i pucuje. Głowy różne w wałkach, ręcznikach, chustach. Pucują wszyscy, gdzie nie spojrzałam tam pucują. Okna muszą lśnić.

Wielkanoc umyj okna dla Jezusa.

Jesteśmy na miejscu, babcine okna niczym nieskalane, widać, że świeżo pucowane, firanek brak, czekają ładnie ułożone na krzesełku, aż powiesi je Krzysiulek – nie mąż znaczy się.

– Krzysiulku powiesisz firaneczki? – Babcia świergocze z kuchni – świeżo uprane, tylko nie uprasowałam, ale trudno.

Krzysiulek, znaczy się nie mąż jest miszczem wieszania firanek. Robi to perfekcyjnie. Szkoła babci.Babcia już nie może wieszać, więc On przejął ten zaszczyt.

– Ania a Ty okna umyłaś?

– Ja? – Odbijam pytanie pytaniem, poprawiając się nerwowo na krześle z juniorem wierzgającym na mojej nodze.

– No Ty, umyłaś już? Tylko tydzień do Świąt.

– Nie, ja nie myję okien. A przepraszam dwa przetarłam, bo miały Mikołaja ze sztucznego śniegu i bałwanka z choinką, reszty nie tknęłam.

Zapanowało wymowne milczenie. Babcia odkaszlnęła soczyście.

-, Ale czemu nie myjesz okien?

Nie zdążyłam odpowiedzieć, jakiś inny temat się wkradł. A szkoda.

Nie myję okien i nie pucuję mieszkania, bo mi szkoda na to czasu. I tak mam niedoczas, czasami trudno mi wygospodarować dla siebie 30 minut. Jak już je mam uwierzcie mi żadne Święta nie zmuszą mnie do szorowania okien. Tym bardziej, że nie są jakieś mega brudne. Może nie lśnią nieskalanym pięknem, ale czy o to chodzi? Aby te okienka takie czyściuteńkie były, dom błyszczał a dzieci fruwały w powietrzu, aby niczego nie ubrudzić?

Szkoda czasu, siły i nerwów. Ile się potem trzeba nakrzyczeć? Nie podchodź do okna! Nie dotykaj! Weź talerzyk! Tutaj nie jedz! Nie widzisz, że dopiero sprzątałam?!

Nie wyznaję tej ideologii i dobrze mi z tym. I tak za chwilę będzie tak samo jak przed pucowaniem. Nie to, że mieszkam w brudzie. Sprzątam regularnie jak czas pozwoli, a jak nie pozwoli to posprzątam jutro albo pojutrze. Jakoś z tym żyjemy i nikt nie umarł.

W nosie z tym. Koło mnie mieszkają sąsiedzi, Oni mają jeszcze bałwanki i mikołajki na oknach. I żyją i mają się dobrze.

Co można zrobić zamiast tego? Na co spożytkować zaoszczędzony czas?

Można pójść na spacer. Można napić się kawy. Można zrobić paznokcie. Można się umalować. Można zjeść jakiś posiłek w pozycji siedzącej. Można robić NIC. Można odpocząć. Można porozmawiać z dziećmi o tym jak im minął dzień. Dużo można. Ja wiem, że pewnie w mniejszości jestem. Bo taki trend jest z tym szorowaniem na wysoki połysk. Być może jest to rodzaj oczyszczenia, takie wysprzątanie mieszkania. Może czujemy się bardziej godni aby świętować.

Ale szczerze powiem lata mi to koło pisanek.

 

Podobne wpisy