Są takie dni, kiedy sensu brak. Chociaż wiem, że On jest, jakoś go nie widzę, nie słyszę, tylko bezsens. Nie da się ukryć, że palce w tym macza znikoma ilość snu, która to z kolei pada na mój mózg. I nagle z wesołej, tryskającej życiem wiecznej 18 zamieniam się w zgredziałą, wiekiem około 50 letnią, wiecznie na wszystko naburmuszoną żonkę, z fochem, dąsem, worem pod okiem, poczochranym włosem, wyciągniętym ciuchem i cycem dzięki juniorowi również wyciągniętym.

Taka żonka, znaczy się ja wstaje rano, może bardziej stacza się z łóżka i straszy, niczym zombie.  Przesuwam się posuwistym krokiem do kuchni, szturchając wymownie nie męża, absolutnie się nie odzywam, poniekąd nie mam, po co, ile razy można stękać, że się nie śpi. Zresztą wystarczy na mnie spojrzeć, ja już nie patrzę w lustro. Najpierw po omacku chlapię się tonikiem, co to ma mnie odświeżyć, potem nakładam na oślep dużą ilość kremo – maseczki, czeszę włosy i zerkam.  Nie wiem, po co, tak, aby się dobić. Potem wzdycham, naciągam szlafrok i idę zdobywać kuchnię, dopóki młode ma ochotę pobyć same ze sobą, czyli mam jakieś 15 minut.

Taka żonka jak ja, kiedy wpada w stan bezsensu, widzi wszystko w czarnych barwach, nic nie cieszy, nic, siąść i się pochlastać.

I tak straszę ostatnio, co prawda tylko rano, potem się zbieram, walę po mordzie, tłumaczę, że nie tędy droga i tak dalej. Potem prostuję plecy, wciągam wiszącą na brzuchu skórę, spinam poślady i sprawiam wrażenie osoby całkowicie sensownej i poukładanej wewnętrznie. Czasami wyślę jakiegoś sms-a do nie męża ze zwięzłą treścią sorry za rano. Już się nie tłumaczę, bo, po co, ile razy można się kajać za to samo. Może to efekt uboczny macierzyństwa.

I tak ostatnio była u mnie matka, wpada czasami jak ma fuchę opiekunki. Lubię, kiedy tak przyjeżdża, możemy pogadać. Chyba nikt mnie nie rozumie jak Ona. Mam nadzieję, że też jestem taką matką dla mich młodych.

Siedzimy z mamą w sypialni, młode skacze po mnie, za oknem pogoda przypominająca bliżej nie określone gówno. Niby coś pada, resztki czarnego śniegu się topią, chmury nisko, wiatr wieje, wszyscy oddychamy smogiem, tym, co go w tym roku wyjątkowo dużo. Mama pije herbatę.

– Jak żyć mamo – pytam się jej, poprawiając młode i wycierając kapiącą z pyszczka ślinę z resztami mleka.

– Co masz na myśli? – Matka ta co mnie na świat wydała pyta.

– Jaki sens jest w bezsensie…. I zataczam oczami dookoła

– Jak to jaki? Trzymasz go na kolanach. – Powiedziała

– Reszta minie Aniu, tak szybko, że jeszcze zatęsknisz – i wyszła z pokoju.

No tak. Sens mojego życia właśnie kończył wylizywać mój nos, zachowując się jak mały zwierzak. Uśmiechnął się potem od ucha do ucha wołając mama. Oczywiście nieświadomie, chociaż ja i tak wiem, że On wie, kto to mama i gdzie ma wołać.

Prosta prawda. Oczywista prawda, którą warto sobie przypomnieć od czasu do czasu.

DSC_0013

KONIEC


Podobało się? Zostaw po sobie ślad, możesz polubić, skomentować…. Albo wracać, będzie mi miło.

Podobne wpisy