Mój sposób aby być szczęśliwym człowiekiem.

Muszę się z wami czymś podzielić. Ostatnio dokonałam odkrycia czegoś, co sprawiło, że zwyczajnie żyje mi się lepiej.

Kiedyś, te dobre kilka lat temu byłam bardzo akuratna, dokładna, bardzo zależało mi na tym, aby wszystko, co robię, było super. Ważne było dla mnie to, co pomyślą inni. Bardzo liczyłam się z otoczeniem i starałam spełniać oczekiwania.

Robiłam przyjęcia, święta dwa razy w roku, oczywiście koniecznie u nas w domu, nie ważne, że dwoje małych dzieci wisiało mi na nogach. Robiłam, w pocie czoła, urobiona po łokcie. Zawsze były perfekcyjnie. Mało tego były w dwóch turach, bo nasze rodziny się nie lubiły, więc o 14 przychodziła tura numer 1, a o 17 tura numer dwa. Za każdym razem słyszałam na swój temat same superlatywy. Oczywiście moja aktywność nie kończyła się w kuchni, zgłaszałam się do różnych rzeczy, w przedszkolu dzieci, w szkole, w pracy oczywiście też. Chciałam być widoczna. Może potrzebowałam podbudować samoocenę, która nie była najwyższych lotów. Nie wiem. Nie chcę się bawić w psychoanalizę. W każdym razie byłam w tej materii uparta jak osioł. Dla mnie wszystko było możliwe, wystarczyły chęci i czas.

Tyrałam. Tyrałam w pracy, w domu, brałam dodatkowe zlecenia, etaty, wiecznie coś robiłam, biegłam. Starałam się być super mamą, super pracownikiem, bycie super żoną mi nie wyszło, ale chyba, jako nie żona radzę sobie lepiej.

Co mi to dało? Niestety nie za dużo.

Frustrację, wieczne zmęczenie, połowiczną satysfakcję, bo zawsze mi było mało poza tym efekty nigdy mnie nie zadowalały, nerwowość, nadpobudliwość, generalnie byłam spięta i zwyczajnie przemęczona.

Teraz zbliżamy się do brzegu. Co się takiego zmieniło zapytacie.

Zmieniło się to, że puściłam wszystko i płynę. Zwyczajnie biorę życie takim, jakie jest i kiedy wiem, że pewnych rzeczy się nie da zrobić pozwalam sobie ich nie robić. Tak samo, kiedy wiem, że czegoś nie muszę zwyczajnie tego nie robię.

Rozumiecie, kiedyś jak jechałam w gości i gospodarz mi powiedział, Ania absolutnie nic nie rób, nie piecz, wszystko jest, ja musiałam coś zrobić, no, bo tak jechać o pustych rękach, ja mam jechać bez niczego a w życiu. A teraz nie trzeba mi powtarzać dwa razy, jak usłyszę, że mam nie robić na 1000 procent palcem nie tknę. Po co. Mogę ten czas wykorzystać inaczej, spędzić go z nie mężem, z dzieciakami, nad książkę, na kanapie. Mogę być tak po prostu, oddychać, bez niepotrzebnych napięć.

Płynę sobie teraz, bardziej się o siebie troszczę, potrafię się pochylić na sama sobą, pogłaskać siebie po głowie i powiedzieć, tak Aniu posiedź chwilę, masz prawo. Żyj, płyń, ciesz się tym, co masz, kiedy czujesz, że naprawdę chcesz coś zrobić rób, ale dla SIEBIE i swoich bliskich. Nie dla wszystkich innych. To, co najważniejsze jest przed twoim nosem. Spędzam czas z ludźmi, którym naprawdę na mnie zależy, a mi zależy na nich, bez fałszu, ściemy, jakiejś chorej rywalizacji, zazdrości, negatywnych emocji.

Może jest to zasługa doświadczenia, wieku, a może tego właściwego człowieka, który stoi obok mnie i ja wiem, że dla niego jestem tą Anią i nie muszę już udowadniać mojej wspaniałości. Nie wiem, w każdym razie jest mi teraz zwyczajnie DOBRZE.

Wiecie, jakie to fajne.  Próbowaliście? Jak nie, to  wszystko przed wami.

 

Podobne wpisy