Muszę się przyznać bez bicia, że historia moja i nie męża zakrawa na jakieś romansidło. Często siadamy i gadamy, jak to się w ogóle stało, że my tutaj tak razem.  A to, że mamy wspólne dziecko, gdzie ja po drugim powiedziałam nigdy w życiu, jest dla mnie fenomenem. Aż chciałoby się powiedzieć tak musiało być, nie inaczej.

Poznaliśmy się jeszcze w szkole średniej. To też trochę przypadek, ja zostałam tam siłowo zaciągnięta przez ojca, z uwagi na skalę problemów wychowawczych, jakie sprawiałam. Mam cichą nadzieję, że to do mnie nie wróci w postaci nastoletniego rozkwitu córki. Wtedy zbyt dużo do powiedzenia nie miałam, tak, więc uszyli mi na miarę mundurek, który absolutnie z miarą nie miał nic wspólnego, wbili do głowy kodeks reguł, jakie obowiązują i tyle. Miałam wyjść na ludzi. Nie było łatwo. Nie to, że lubiłam siebie taką, jaka byłam. Wiele rzeczy robiłam pod publiczkę, jak typowa zbuntowana nieletnia. W każdym bądź razie absolutnie nie miałam ochoty zmieniać się pod czyjeś dyktando. Trochę legend o mnie w szkole krążyło. Podobno wyskakiwałam przez okno w domu, miałam negatywny wpływa na klasę, no popalałam oczywiście na przerwach chowając się za drzewem na boisku szkolnym. Chyba tylko moje zwolnienia lekarskie wychowawczyni brała pod światło szukając znaków wodnych.  Nie mąż też znalazł się w tej szkole przypadkiem. Chyba jakaś dobra znajoma jego babci nakręciła temat. Również nie pałał entuzjazmem.

On pracował w szatni i był bardziej poukładany. Na pewno szybko wydawał mój worek. Przyznał mi się, że ma wspomnienia, jak szłam wywijając kuprem w prawo i lewo w krzywo podwiniętej spódnicy, no bo przecież w worku do kolan chodzić nie chciałam.

Specjalnie nas do siebie nie ciągnęło. Chyba w trzeciej klasie coś się zaczęło w temacie. Pamiętam, że szłam przejściem podziemnym. Nagle jakiś dupek skoczył mi z całej siły na plecak i pobiegł dalej, zupełnie bez sensu. Tak tym dupkiem był nie mąż. Chciałam nawet coś mu powiedzieć, ale w tamtym okresie byłam raczej małomówna. Potem w jakiś magiczny sposób zdobył mój numer telefonu. Nie komórki, stacjonarny. I tak się zaczęło. Wydzwaniał. Zaczęliśmy się prowadzać. Kilka kadrów w głowie zostało, spacer w deszczu Piotrkowską, jakiś całus w bramie, jakaś rozmowa na ławce przed blokiem, jakaś impreza średnio udana, grill i działka. Takie tam pitu pitu, z którego i tak nic nie wyszło. Nie mąż nie wpasował w moje kanony zbuntowanej nastolatki. Nie rzucał mięsem na prawo i lewo, nikogo nie dźgnął nożem, nie miał dziar, nie palił i nie pił dużo, był poukładany, słowny, porządny, chodził w zielonych ciuchach i używał zielonego adidasa. Ot taki epizod. Rozstaliśmy się kulturalnie, ja dostałam białą różę On odjechał swoim uwaga zielonym Poldkiem. Ta biała róża 2 tygodnie stała, żaden płatek nie spadł, była jak wyrzut sumienia. Moja mam nie mogła tego przeżyć. Zresztą nie ma się jej, co dziwić, jak co i rusz, przyprowadzałam jej coraz ciekawszy okaz męski. Ten przed nie mężem chyba miał jakieś zawiasy z tego co pamiętam.

Każde poszło w swoją stronę, On kogoś poznał ja też. Życie toczyło się dalej, niekoniecznie długo i szczęśliwie. Nie kontaktowaliśmy się specjalnie, nie było powodu. On czasami zerkał na mój profil na FB ja na jego również czasami. Tyle.

Gdyby nie te Internety pewnie byśmy się nie spotkali. Wpadliśmy na siebie na jakimś portalu, przypadkiem, tak jak wpadasz na kogoś idąc ulicą. Takie czasy chyba. I od słowa do słowa poszło.  Po dwóch może trzech tygodniach konwersacji się spotkaliśmy, trochę bałam się tego zielonego adidasa i sraczkowatej zieleni. Na szczęście niepotrzebnie, lata zrobiły swoje, spojrzenie inne na rzeczy ważne i ważniejsze. Adidas niestraszny zresztą na szczęście już go nie było, bo kto wie.

Ja już po tym pierwszym spotkaniu wiedziałam, że jestem w domu, że kończy się jakiś etap i wszystko się zmieni. Co ciekawe nie mąż też to wiedział, ba wiedział nawet, że będzie junior, który miał być dziewczynką. Pierścionek absolutnie nie zaręczynowy dostałam jakoś po roku chyba. Rano, w łóżku. I jesteśmy sobie tak do teraz. I junior też jest, chociaż zaklinałam się, że nigdy więcej.

Bardzo dużo zbiegów okoliczności było w tym wszystkim. Może musieliśmy swoje przeżyć, doświadczyć tego i tamtego, aby docenić to, co mamy. Aby bardziej szanować siebie, nie szukać dziur i po ludzku cieszyć się codziennością. Ludzie za bardzo komplikują sobie życie, szukając nie wiadomo, czego, czepiają się szczegółów, zamiast docenić obecność drugiego człowieka i żyć, po prostu żyć.

 

KONIEC


Podobało się? Zostaw po sobie ślad, możesz polubić, skomentować…. Albo wracać, będzie mi miło.

Zapisz

Zapisz

Podobne wpisy