Rozwód, jak już napisałam w poprzednim artykule, jest postawieniem kropki nad i. Są sytuacje kiedy nie da się inaczej postąpić i nie jest to naganne, nie należy tego oceniać ani potępiać. Nigdzie nie jest napisane, że musimy być w związku małżeńskim. To są indywidualne decyzje.  Każdy ma swoje powody i ma do tego prawo, tak samo jak mamy prawo do szczęścia. Publikacja artykułów o tej tematyce absolutnie nie ma na celu propagowania rozwodu jako złotego środka na kłopoty małżeńskie . Czasami ludzie zwyczajnie muszą się rozstać bo wszystkie środki zawiodły i tyle.

I nie należy podchodzić do niego jak do porażki, trzeba go przeżyć.

Dlaczego poruszam tą tematykę?

W dużej mierze  jest to związane z naszym patchworkowym związkiem, który jest przykładem na to, że może być jeszcze fajnie i można coś zbudować, kiedy trafi na siebie dwoje właściwych ludzi.

A jak przeżyć rozprawę w sądzie, czy da się do niej przygotować poniżej możecie poczytać troszkę o moich perypetiach. Nie wchodziłam w szczegóły, bardziej skupiłam się na emocjach.

-Przed rozprawą-

Ja byłam półżywa, denerwowałam się już tydzień przed. Zastanawiałam się jak będzie, jaki będzie sędzia, o co będzie pytać, jak zareagują na mnie teściowie, jak będziemy się zachowywać z jeszcze mężem. Czy On przyjdzie sam czy z nową partnerką, czy ja mam być sama. Dużo było tych pytań, wątpliwości, dziwnych snów, stresu, zastanawiania się po co to wszystko, dlaczego tak się stało, przecież kiedyś byliśmy dla siebie tacy ważni a teraz, szkoda gadać. Są to normalne myśli. Mi bardzo pomagała obecność przyjaciół. Dużo rozmawiałam o tym z mamą, która finalnie towarzyszyła mi w sądzie, było mi dzięki temu raźniej. Podeszłam do tego jak do egzaminu, który muszę zdać. I tak nie było odwrotu. Wzięłam głęboki oddech i weszłam. Jest to dziwny rodzaj stresu. Mam nadzieję, że już nigdy nie będę go powtarzać.

-Rozprawa-

Pamiętam, że tego dnia od rana byłam w pracy, spakowałam tylko ubranie na przebranie. Zwolniłam się na ostatnią chwilę, ułożyłam włos, znajomi z działu trzymali kciuki. Nie wiem ile razy odwiedziłam toaletę, ile papierosów wypaliłam w drodze i przed sądem. Nie umiałam się nie denerwować. Mimo, że miałam wszystko poukładane, że wiedziałam, że nie da się inaczej stres był ogromny. Nie napiszę, że było fajnie, bo nie było. Teściowie udawali, że mnie nie znają, z trudem patrzyliśmy na siebie z jeszcze mężem na sali rozpraw. Sędzia była cudowna, wyrozumiała, spokojna. Adwokat był rewelacyjny. To nie była nasza jedyna rozprawa, finalnie na 4 chyba zapadł wyrok i koniec. Na pożegnanie się poklepaliśmy po plecach, uśmiechnęliśmy się do siebie, życząc powodzenia. Czasami mamy ze sobą kontakt. Co mogę powiedzieć, to nie jest koniec świata, życie biegnie dalej, rozprawa się skończy, sędzia też człowiek. Po wszystkim jest ulga, mimo smutku, stresu, ulga chyba przeważa. Przez kilka dni czułam się jak balonik, z którego ktoś nagle spuścił powietrze.

– Po rozprawie –

Życie biegnie dalej, tak jest dobrze, tak być powinno, taka podjęliście decyzję. Zaczynacie od nowa i tyle, nie Wy pierwsi i nie ostatni. Takie rzeczy się dzieją i nie są końcem świata, tylko etapem w życiu. Ważnym etapem, ale nie ostatnim z tych ważnych. Jeszcze dużo przed Wami, a życie potrafi zaskakiwać, nie wiesz gdzie będziesz za rok o tej porze. Nie należy się zadręczać, rozkładać wydarzenia na części pierwsze, zastanawiać się dlaczego tak się stało. Stało się i tyle, na pewno będziecie mądrzejsi o bagaż doświadczeń, uwierzcie mi zupełnie inaczej będziecie patrzeć na związek. Wszystko będzie inne ale czy to znaczy, że gorsze? Absolutnie nie, to My kreujemy rzeczywistość i tylko od nas zależy jak będziemy postrzegać świat. Ja czasami wracam do przeszłości, czasami wyskoczy mi jakiś kadr z poprzedniego życia, ale moje obecne nie jest gorsze, jest lepsze.

Nie ma cenniejszej rzeczy jak spokój w domu i uśmiechnięte buzie najbliższych osób, bez strachu i smutku w oczach.

 

Podobne wpisy