Nie wiem jak Wy, ale ja jak moje dzieci choruję tracę głowę, szczególnie jak to są jeszcze tyciutkie dzieci. Im dziecko starsze tym więcej o nim wiemy i znamy jego nazwijmy to chorobowe zwyczaje. Mniej więcej wyłapuje się moment jak infekcja schodzi niżej, wiadomo, co i ile podać, kiedy iść do lekarza, jak się zachować i tak dalej, tłumaczyć raczej nie muszę. A co jak zachoruje taki tyci tyci człowiek?

Ja mało nie zeszłam na zawał. Zaczęło się niewinnie, zapalenie gardła wyleczone bez antybiotyku, pozostał lekki kaszelek, niby pikuś. Kontrolę zaliczyliśmy, wszystko cacuś glancuś. Dosłownie parę dni później do kaszelku doszedł śluz, którego było więcej i więcej i nie wiadomo, kiedy dzieciak mi się niemal dusił na rękach. Myślałam o naiwności, że troszkę dłużej będziemy zdrowi. Młode cały czas na cycu, przeciw ciała dostaje. Nic taka karma jak to ja mówię. Wiecie, co jest w tym najgorsze dla mnie?  W takich sytuacjach w ogóle nie mam zimnej krwi, jak trące kontrolę wpadam w histerię, szczególnie jak chodzi o zdrowie moich dzieci. Zaraz zakładam, że wylądujemy w szpitalu, przy okazji załapiemy jeszcze gościnnie jakiegoś rota wirusa i zasiedzimy się dobre dwa tygodnie. Ja wyjdę ze stanem depresyjnym po wielodniowym pobycie w izolatce a junior będzie potem łapał infekcje od samego kontaktu ze świeżym powietrzem. Jeszcze mam gęsią skórkę jak to sobie wizualizuję. Pewnie powiecie, że przesadzam. Guzik prawda, tyle Wam powiem, przechodziłam podobne perypetie z juniorem jeden. Niestety wiem, co mówię.

choroba

I tak w ciągu tygodnia zaliczyliśmy dwa razy przychodnię. W sobotę w akcie desperacji wezwaliśmy lekarza prywatnie. Finalnie zaaplikowaliśmy antybiotyk, dodatkowo pisklak dostał sterydy. Kilkanaście razy chciałam jechać do szpitala, masakra. Młody sapał, oddychał płytko brzuchem, poruszał w charakterystyczny sposób dziurkami noska, miał świszczący oddech. Dzisiaj dzięki Bogu mamy przełom, widać światełko w tunelu.

Troszkę się dowiedziałam o tym jak można pomóc takiemu brzdącowi 3 miesięcznemu. Poniżej opisałam to, co w naszym przypadku było skuteczne. Może Wam się cos przyda.

-Nawilżanie powietrza-

Wilgotność powietrza jest bardzo istotna. Można powiesić mokre pieluszki, zawiesić nawilżacz na kaloryferze lub tak jak my nabyć takowy, na szczęście mamy teraz sezon przecen, więc można coś upolować w fajnej cenie. Ja wysłałam na polowanie nie męża, wrócił z łupem, nawilżacz dodatkowo ma funkcję jonizacji powietrza, naprawdę dobrze robi młodemu.

-Ustawienie łóżeczka pod skosem-

Dostaliśmy opieprz od lekarza, że tego nie zrobiliśmy. Wystarczy podłożyć książki pod nogi łóżeczka pod główką brzdąca i gotowe. Banalne, że też sama na to nie wpadłam. Pomaga. Co prawda młody i tak śpi z nami, ale w chwilach, kiedy leży w łóżeczku widać wyraźnie, że to przynosi ulgę.

-Frida-

Genialna na zalegającą wydzielinę. Przed zastosowaniem należy wpsikać maluszkowi do nosa wodę morską, najlepiej z pojemniczka pod ciśnieniem. Odczekać chwilę, następnie odessać. Na noc dodatkowy junior dostaje kropelki do nosa dla niemowląt, aby lepiej oddychał. Pod nosek maść majerankowa.

-Inhalacje-

Na początku inhalowaliśmy pisklaka samą solą fizjologiczną. Nawilża nosek i ułatwia odessanie wydzieliny.

-Oklepywanie-

Kilka razy dziennie ręką ułożoną w łódkę oklepujemy plecki od dołu do góry. Najlepiej żeby maluszek leżał nam na kolanach. Pomaga w odrywaniu zalegającej wydzieliny.

Kochani, jeżeli macie jakieś domowe patenty, aby ulżyć maluszkowi w chorowaniu napiszcie proszę.

Podobało się? Zostaw po sobie ślad, możesz polubić, skomentować…. Albo wracać, będzie mi miło.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Podobne wpisy