Podejrzewasz że Twoje dziecko ma dysleksję? Nie będzie to typowy post o objawach raczej o absurdzie wynikającym z procedur. Diagnozowanie dziecka w naszym kraju to nie lada wyczyn. Jeżeli dysponujecie grubym portfelem i zapleczem finansowym w rodzinie to fajnie. Wszystko można przyspieszyć, każdą opinię, badanie. Jeżeli macie znajomości, to jeszcze lepiej. Zaczyna się robić trudniej, kiedy nie dysponujemy górą złota ani mocnymi plecami i postanawiamy polegać na naszym ubezpieczeniu i przekonaniu: przecież, Kuźwa po coś płacę te składki!

Pisałam Wam wcześniej, że drugi ma różne problemy. Tutaj znajdziecie ten artykuł. Teraz chciałam przybliżyć jak wygląda w naszych realiach diagnoza dysleksji i dysgrafii.To, że drugi ma problemy z pisaniem wiedziałam już w klasie pierwszej. Zresztą, nie musiałam mieć jakiejś wiedzy wystarczyło spojrzeć w zeszyty. Nie wspomnę o godzinach spędzonych na pracach domowych i męczarni z przepisaniem czegokolwiek do zeszytu. Wtedy pierwszy raz skierowano nas do poradni, aby zobaczyć, co tam się dzieje. Jakbym się zastanowiła takie pierwsze objawy miał już w wieku niemowlęcym, nie raczkował. Od razu zaczął chodzić, ale wtedy nie łączyłam tego z żadnym zaburzeniem.

Pierwsza wizyta była trochę bez sensu i na wyrost. Na tym etapie żaden ceniący się pedagog i psycholog nie wyda opinii. Dysleksję można dopiero diagnozować jaki dziecko jest w 4 klasie…. Ale poszłam, martwiłam się, młody zrobił test dwugodzinny, potem miał wizytę u pedagoga. Wszystko trwało ponad 3 miesiące, bo terminy. Wiecie, rozumiecie. Finalnie dowiedziałam się, że mam zdolne dziecko, które ma problemy z pisaniem, ale w tym wieku, kto ich nie ma? Poza tym, przecież nie musi kaligrafować.  Nic nam to nie dało, poza frustracją i czasem, który mogłam poświęcić na coś innego.

Do tematu wróciłam po klasie 3, kiedy już wiedziałam, że jakakolwiek opinia może zostać wydana. Jest to związane z rozwojem dziecka. Aby was nie skłamać cały proces trwał prawie rok. Pierwszą wizytę w poradni miałam we wrześniu a w maju odebrałam opinię. W między czasie spotykaliśmy się z psychologiem, pedagogiem i neurologiem, który miał powiedzieć i napisać, że jest ok. Wiecie, jak wygląda wizyta neurologiczna, na którą przeważnie czeka się 3 miesiące, bo kolejki? Pani doktor zapłakała nad sensem skierowania i absurdem przepisów, które każą na takie badanie kierować w przypadku diagnozowania dysleksji, bo gołym okiem widać, że dziecko chore nie jest. Nadgorliwość pedagoga, powiedziała, kręcąc głową. Potem poprosiła drugiego, aby dotknął nosa, popukała w kolano i kazała zrobić jaskółkę. Koniec. Dziecko zdrowe.  Porozmawiałyśmy o niedociągnięciach takich jak problemy z szybkim ubieraniem, wiązaniem sznurówek, jazdą na rowerze.

Ten typ tak ma. Proszę Pani, Pani dziecko nie ma problemów neurologicznych. Może mieć niedociągnięcia wynikające z samej dysleksji, ale proszę mi wierzyć, jest ok. Proszę wrócić z tym zaświadczeniem do paradni i umówić się na kolejną wizytę.

Wróciliśmy, finalnie odebrałam zaświadczenie, zaniosłam od razu do szkoły i sprawa wydawała mi się mniej więcej ogarnięta. Jakie było moje zdziwienia w bieżącym roku szkolnym, kiedy drugi wrócił do mnie z informacją, że Pani od angielskiego powiedziała, że jakby miał dysleksję to by dostał 5 a tak dostanie 4. Ale ja powiedziałem Pani, że mam zaświadczenie, mamo…. Naprawdę, ale ona mówi, że NIC o tym nie wie…..

No szlag, pomyślałam, człowiek chodzi, załatwia, zgłasza i nic, zupełnie nic. Wzięłam głęboki wdech, zrobiłam kopie, młody porozdawał nauczycielom, powysyłałam maile…. Niby fajnie, tylko czy o to w tym chodzi? Chyba nie tak powinno to wyglądać. Moja znajoma kserowała nauczycielom książki i zanosiła każdemu z osobna, aby traktowali jej syna z zespołem Aspergera zgodnie z wytycznymi. Rozumiecie. Taki system. A może wypalenie, albo jedno i drugie?

Dysleksja to nie tylko kłopoty z pisaniem.  Jest to cały szereg niedoskonałości. U nas młody miał problemy z zapinaniem guzików, wiązaniem sznurówek na kokardę, problem z trzymaniem sztućców, czytaniem, mylił wyrazy, miał słabą koordynację ruchową, nie chciał jeździć na rowerze, hulajnodze. Na chwilę obecną jest lepiej, mi jest też łatwiej, bo wiem, że to nie jest tak, że mu się czegoś nie chcę, tylko po prostu nie może pewnych rzeczy robić jak inni. Jak coś nazwiemy jest dużo łatwiej. Dysleksji nie da się wyleczyć, ale można wyćwiczyć niektóre rzeczy. Da się z nią żyć.

Jeżeli Wasz maluch ma problemy z pisaniem, czytaniem, koordynacją ruchową, sprawdźcie to. Tutaj nie chodzi tylko o lżejsze traktowanie na egzaminach. Pisanie to tylko ułamek tego, z czym młody człowiek się boryka. Warto o tym poczytać, jest wiele publikacji. Niech moc będzie z wami i nie dajcie się tej biurokracji.

Może również zainteresuje Cię temat Kac moralny w rodzicielstwie

P.S. Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post, zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu  Możecie go też udostępnić swoim znajomym. Dziękuję! :*

Podobne wpisy