Muszę wam powiedzieć, że to był zawsze dla mnie problem,ZAWSZE. Czasami czułam się przez to trochę gorszą mamą, zwłaszcza jak obserwowałam inne mamy dzieci, które znałam i z którymi miałam stały kontakt.Nie wiem czy wy tak czasami macie, czy tylko ja jestem taka trochę wyrodna, ale nie lubiłam się bawić z moimi dziećmi, przynajmniej nie we wszystkie zabawy.

Starałam się, naprawdę starałam się udawać te wszystkie świnki i inne zwierzątka, bawić się w dom, w lekarza i inne kreatywne zabawy polegające na wcielaniu się w coraz to nowe role, ale doprowadzało mnie to do szału i po pewnym czasie doszłam do wniosku, że nie tędy droga.

Bo widzicie każda mama jest inna, to raz a dwa jest takie powiedzenie, które towarzyszy mi przez cały okres macierzyństwa szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko.

Postanowiłam zastanowić się, jakie, zabawy mi sprawiają radość i zacząć zarażać nimi swoje dzieci. Było to swoiste pójście na kompromis wilk syty i owca cała. Ja nie czułam się jak wywłoka z poczuciem winy, patrząc jak inne mamy wesoło bawiły się swoimi pociechami a moje dzieci bardzo polubiły różne aktywności, które nie doprowadzały mnie do stanu marazmu w szczególności jesienią z sezonem chorobowym w tle, kiedy nie ukrywajmy w domu spędzamy sporo czasu.

Tak naprawdę nie robiłam nic odkrywczego, malowałam,wycinałam, kleiłam, generalnie wszelkie prace manualne, bo sprawiało mi to radochę. Trochę egoistyczne, ale powiem wam, że fajnie jest mieć fun wychowując dzieci, zwłaszcza, jak nie ma się odskoczni w postaci pracy zawodowej. Ja jestem w domu z trzecim, tak samo byłam z pierwszą i drugim. Do 3 roku życia z każdym. Aktywności zawodowe robiłam popołudniami albo nocami, ale były to prace zlecone, które robię do chwili obecnej w domu, więc jako takiego wyjścia na 8godzin nie mam, aby potem stęskniona wrócić do mojej niesfornej trójki.Niestety, ja uciekam z domu jak NM wraca pakując rzeczy na siłownię i z dzika przyjemnością wyładowuję tam wszystkie frustracje, aby być lepszą mamą, to znaczy taką, która nie krzyczy za dużo, słucha i tak dalej.

Tak, więc teraz jak znowu wylądowałam na urlopie wychowawczym nauczona doświadczeniem, bawię się z jr w to, co ja sama lubię. On ma z każdej aktywności radochę a ja nie mam skołatanych nerwów. Zresztą doskonale się z NM uzupełniamy. To on się tarza po podłodze, robi z młodym fikołki, biega po mieszkaniu i się wydurnia, ja wielbię ciszę i mimo chodem prowokuję zajęcia, przy których bardziej się skupiamy.

Na topie jest malowanie, zabawa piaskiem kinetycznym,naklejanie różnych rzeczy, pisanie kredą po tablicy, czytanie książek,budowanie z klocków, budowanie torów dla pociągów, spacery dużo spacerów i dużo gadania o wszystkim, co to, po co, jak działa, jakie dźwięki wydaje. Często oglądamy bajki, nie cały dzień, ale staram się, nie robić sobie wyrzutów. Często obserwujemy nasze futrzaki czyli królika i pieseła, młody wielbi karmić sierściuchy w szczególności tego kicającego. Ja wiem, że są narzucone pewne stereotypy, co wolno, czego nie, jak co wpływa i tak dalej, ale wydaje mi się, że najlepiej znaleźć w tym wszystkim złoty środek, aby nie popadać w jakieś skrajności.

Myślę, że tak jest zdrowo, nie ma sensu na siłę narzucać sobie aktywności, które potęgują nasze złe samopoczucie poza tym, przecież mamy prawo pewnych rzeczy nie lubić. Tak samo jak możemy wytłumaczyć maluchom, że teraz nie będziemy się bawić tylko przytulać, albo sobie siedzieć, albo można dać kartkę kredki i wolną rękę, byle nie ścianę, chociaż u nas ściany bardzo dostały i są pomazane. Można włączyć bajkę, bo to przecież nie jest zbrodnia.Zresztą czy każdego dnia musimy być idealni, grzeczni, cierpliwi? Nie. Dziecko rozumie więcej niż nam się wydaje. Więc uszy do góry.

Ciekawa jestem, czy macie z tym czasami problem,z taką zabawą, z tym, aby znaleźć w sobie dziecko albo na chwilkę się nim stać?

CZASAMI ZAMIENIAM SIĘ SUPER BOHATERA ALE TYLKO CZASAMI


Możesz też poczytać o tym jak sobie poradzić z jesienną depresją. Artykuł znajdziesz o TUTAJ.

Podobne wpisy