……, Kiedy położyli mi ją na brzuchu, była 1: 40 w nocy. Małe ciepłe ciałko. Do dzisiaj nie wiem, jak udało mi się ja urodzić. Sam poród trwał dla mnie wieczność. Pierwsze skurcze zaczęły się o 10 rano….. Pamiętam jak krzyczałam do mamy, że już nie mogę, że nie dam rady, że wolę umrzeć. A ona trzymała mnie za rękę i mówiła dasz radę, dasz radę, przyj, przyj, oddychaj, nie zapomnij o oddychaniu….. I tak sapałam jak lokomotywa, łapiąc oddech między skurczami a potem parłam, krzycząc bardzo głośno, a może już nie miałam siły krzyczeć….

Tamtej nocy urodziłam się na nowo, jako matka swojego dziecka. To nie było łatwe macierzyństwo. Byłam bardzo młoda. Ile miałam? Chyba 24 lata, prawie. Miałam nie mieć dzieci, jakieś zaburzenia hormonalne, leczenie i niespodzianka. Dwie kreski na teście. I tak to się zaczęło.

Pamiętam po porodzie, jak leżałam na sali, obok mnie była ona. Taka mała, lekko opuchnięta. Posapywała. A ja wtedy pomyślałam sobie, że ona będzie już ze mną do końca życia. Już zawsze. Uderzyła mnie ta odpowiedzialność. Jak sobie damy radę, same, bo w domu nikt na nas wtedy nie czekał?..  W takich chwilach drugi człowiek jest bardzo ważny. To był trudny czas.

Zastanawiałam się czy będę umiała ją kochać, tak jak powinnam ją kochać. Tak jak piszą w podręcznikach. Czy zawładnie mną ta miłość?. Czytałam wtedy na forach opowieści innych mam. Opisywały te emocje, łzy wzruszenia. A ja byłam przerażona. Trzymałam ją na rękach, przewijałam, karmiłam i byłam przerażona. Zachowywałam się jak robot.

Potem wróciłyśmy do domu. We trzy. Moja mama była ze mną cały czas.

Mam taki kadr w pamięci, jak stoję w wannie, chyba tydzień po porodzie. Patrzę na swoje odbicie w lustrze. Na to ciało, które kiedyś było moje bardziej, na te wielkie opuchnięte piersi, które mnie bolały tak bardzo. Stałam wtedy i się patrzyłam. Potem płakałam i stałam dalej polewając się wodą. Potem wróciłam do niej. Położyłam się i ją nakarmiłam zagryzając poduszkę.

Karm piersią, karm, powtarzała moja mama. Wyryła mi to w głowie. Karm, karm, karm. Karmiłam. Karmiłam. Płakałam i karmiłam. A potem przestałam płakać.

Bałam się, że nie kocham jej tak jak powinnam. Cały czas miałam wrażenie, że jestem zbyt nerwowa, że powinnam być inna, obwiniałam się, wpędzałam w jakieś beznadziejne stany.  

Naprawdę starałam się wywiązać z obowiązku bycia mamą. Mała miała zawsze czyste ubranka, była przewinięta, nakarmiona. Trzy razy na spacerze. Pytałam się czasami przyjaciółki, czy uważa, że jestem dobrą mamą.

– myślisz, że ona jest ze mną szczęśliwa? – Pytałam.

A ona podrzucała ją do góry robiąc takie pierdzące łaskotki po brzuszku. Ona się tak śmiała a ja się zastanawiałam, dlaczego nie potrafię jej łaskotać w taki sposób.

Teraz mam koło siebie trzynastolatkę, która tuli się do mnie przy każdej okazji. Nauczyłam się ją kochać. Kocham całą trójkę i uważam, że macierzyństwo jest wspaniała aczkolwiek wymagającą przygodą. Już nie myślę o sobie źle. Jestem łaskawsza dla samej siebie. Wiecie, dlaczego?  Bo dzisiaj wiem, że kochałam swoją córkę tak jak potrafiłam najlepiej.Wtedy. Kiedy miałam 24 lata, kiedy nikt na nas w domu nie czekał. Kiedy musiałam się zmierzyć z tą pustką, z samotnością i z wieloma innymi przeciwnościami. I to nic.Ważne, że jestem, dla niej, nie uciekłam, nie poddałam się. Wytrwałam.

I to jest wspaniałe.

Bo bycie mamą jest wspaniałe drogie mamy.

Może również zainteresuje Cię temat A TY nie oceniasz innych?

P.S. Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post, zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu  Możecie go też udostępnić swoim znajomym. Dziękuję! :*

Podobne wpisy