Co godzinę się dzisiaj budził, jak bozię kocham. Noc koszmar. Któraś z rzędu, bo rodzi trójki mój dzielny syn i mimo podawanych leków przeciwbólowych i innych go boli jak ch…j.

Tulenie, cycolenie, noszenie, bujanie taka noc mara. Normalnie mam ochotę się rozpłakać, taki płacz dobrze robi. Zastanawiam się jak wytrzymam do 20 i nie pozabijam dzieci, bo przecież nie mogę ich deportować. Junior przysnął koło 6. Dzięki bogu, zwijam się w kłębek na granicy naszych łóżek, wszak jego wysokość zajmuje centralną część łóżka, zasypiam, jak dobrze.

Wstaliśmy o 8. Nie jest tak źle, młody łupie na mnie i sprzedaje mi ten swój uśmiech pokazując szparę między górnymi jedynkami. Jesuuu jak ja go kocham.  Turlamy się po łóżku, mam ochotę zacałować go na śmierć. Jak ludzie mogą krzywdzić takie dzieci przemyka mi przez głowę.

Idę zalać dzbanek kawy, mocnej kawy, słodkiej mocnej kawy z mlekiem. Młody trzyma się mojego szlafroka i gada po swojemu, opowiada pewnie o tych zębach, co go bolą i żyć nam nie dają. Rutyna, ogarniam poranny Sajgon, on się bawi. Leje, zimno, wieje, staję przy oknie popijając kawę, za ścianą robotnicy kują ścianę, nie wyjdziemy na spacer, znowu zamknięta w tym domu, pokoju, tym fragmencie życia, który chwilami dłuży się jak falki z olejem, i nie chce się skończyć. Zaczyna marudzić, przyszły zdobywca świata, tarmosi swój kocyk, który jest Przytulanką, kocykiem, tarczą, co chroni od złego. Trze uszy, ciągnie mnie za szlafrok. Idziemy się położyć, utulić te zbolałe dziąsła, które wgryzają się w moje cycki. Kiedy go odstawię? Nie wiem, nie wiem jak, nie wiem czy na pewno już powinnam, nie wiem jak on to zniesie, jak ja to wytrzymam ja matka. Czasami nic nie wiem. Każdy mówi, co innego, w dupie z tym, i tak teraz nie mogę mu tego zrobić, poczekam na te trójki.

Gładzę go palcami po buzi, patrzę jak usypia, powoli odpływa. Tak naprawdę lubię te nasze momenty gdybym tylko spała więcej świat byłby inny. Przyjaźniejszy, weselszy, dzień nie straszyłby swoim surowym obliczem i rutyną, którą rzygam. Zasnął. Teraz uwaga jak wyjąć cycka, aby nie obudzić. Szybki ruch, zastygam czekając na jego reakcję. Nic. Wychodzę na palcach, staram się przelatywać nad podłogą żeby nie skrzypnąć za bardzo. Przymykam drzwi i patrzę na ten mój cud. Pochrapujący. Rączki rozwalone na poduszce. Zostawiam pokój z nim. Idę dalej ujarzmiać dzień, takie sam jak ten wczorajszy i jutrzejszy.

Trzeba się ogarnąć pozbierać do kupy elementy twarzy. Widzę w lustrze te cienie pod oczami, każdego dnia większe i te zmarszczki bardziej widoczne po nałożeniu pudru, który miał coś z tym zrobić.  Jak się uśmiecham mam ich pełno, wokół oczu, na czole.  Nic to, nakładam trochę tego i tego, tu pomaluję włos uczeszę spoko jest nieźle.

Wcale tak źle nie wyglądam. Mam 35 lat. Czuję się na 20. Tylko momentami zmęczenie odbiera mi ostrość widzenia, nakłada rysy na obraz sytuacji. Na moje życie. Życie kobiety, dziewczyny, dziecka, matki, mamusi, kochanki. Patrzę się na nią teraz w lustrze, przechylam głowę, oglądam. Siebie w tych wszystkich wariantach. Czasami się zastanawiam czy zmieniłabym coś teraz w tej chwili, takiej zmiennej, chwili dławiącej się w swoich skrajnościach, płaczu, gniewie, radości, wybuchach miłości. Nic bym nie zmieniła. Nic. Każde wydarzenie mnie kształtuje, nawet ta rutyna i dzień taki sam. Życie składa się z etapów, epizodów, rozdziałów.

Jak książkę trzeba przeczytać do końca.

Wytrwaj.

 

 

Podobne wpisy