Święta święta, już za moment.

Co roku ten czas przedświąteczny kojarzył mi się z ogromem pracy i niezłym wkurwem. Mniej więcej tydzień przed sprowadzałam do domu mamę, która zajmowała się dziećmi, kiedy miały już wolne w szkole. Nie zapisywałam ich na świetlicę, nie miałam serca.  Ja kupowałam 7 win na ten cudowny czas przedświątecznej gorączki, które sączyłyśmy z mamą regularnie każdego wieczoru z punktem kulminacyjnym dzień przed. Degustacji towarzyszyły pogadanki o życiu i nie tylko. Akurat ten element lubiłam bardzo. Tylko wątroba na koniec była sponiewierana. Wigilia zawsze u nas, ja spocona jak prosiak z bólem głowy. Dzieciaki wrzeszczące, atmosfera z tych, co można nożem kroić. Oczywiście zawsze wszystko finalnie było na tip top, idealny stół, wynicowany dom, dzieci, uśmiechy na twarzach. Goście zawsze byli zadowolenie, zawsze, dostawali wałówkę na wychodne. Ja dochodziłam do siebie po Wigilii tydzień. Z radością biegłam do pracy, aby odpocząć. W tym roku będzie inaczej, a wiecie, dlaczego?

Nie robię Wigilii u siebie, wymigałam się, bo młode za młode. Więc radośnie upichcę serniczka, może makowczyka też strzelę, obiecałam kapustę z grochem i finito. Nie spędzę w kuchni nastu godzin. Nie muszę lepić 150 uszek i pierogów, robić miliona sałatek, śledzików i innych cudów. I czego jeszcze na pewno nie zrobię?

Nie zrobię tony zakupów. Muszę Wam powiedzieć, że ja nienawidzę marketów, galerii handlowych. Moja marketofobia nasila się w okresie przed świątecznym doprowadzając mnie do histerii. Te kolejki w regały, płaczące dzieci. Wszyscy się o siebie ocierają, wydzierając sobie ostatnie sztuki karpia z akompaniamentem kolęd w tle, które całkowicie tracą swój czar.

Nie będę picować domu wycierając ostatni kurzyk w świątecznej kreacji polerując szmatą podłogę. W tym roku nie będę się napinać i spinać. Okna może umyję a może nie, na razie ogarnęłam dwa te mniejsze i się tym nie przejmuję. Bo nie o to chodzi.

A co na pewno zrobię?

Wyluzuję, postaram się dokopać do tej świątecznej magii z okresu mojego dzieciństwa, która niestety gdzieś się ulotniła. Nie wiem, co ją zabiło bardziej, to, że dorosłam i życie obdarło mnie ze złudzeń, że poszłam do pracy urodziłam dzieci czy to, że doba nie ma 48 godzin. Co jeszcze, na pewno kupimy dużą choinkę, żywą. Jeszcze możemy, bo młode się nie przemieszcza nie będzie wyjadać igliwia i tłuc szkła. Więc korzystamy. Zrobię fajne ozdoby z dzieciakami tak jak kiedyś. Taki łańcuch z kółek i gwiazdeczki.  Kupię farbki do malowania szkła i strzelę jakieś witrażyki na okna, będzie kolorowo. Jak los da i ześle śnieg ulepimy bałwana i pójdziemy na sanki może jakaś wojna na śnieżki. Zrobimy dużo pierników i upaćkamy całą kuchnię. I nie będzie mnie to wkurzać, bo na tym pichcenie się skończy, serniczek i makowczyk się praktycznie sam robi, kapusta z grochem jest z tych niebrudzących potraw.  Zapakujemy wspólnie prezenty jak dotrą. W Wigilię na luzie się wyszykujemy zapakujemy małe, co nie, co i pójdziemy na gotowe i będzie cudownie. Wieczorem napalimy w kominku, nie będziemy wytyrani i przepici, więc posiedzimy i pogadamy o pierdołach, napijemy się kulturalnie wina posłuchamy kolęd. Bardzo mi się to marzy.

A Wy, jakie plany, czego nie będziecie robić?

Podobało się? Zostaw po sobie ślad, możesz polubić, skomentować…. Albo wracać, będzie mi miło.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Podobne wpisy