Domyślam się, że nie tylko moje dzieci chcą psa. Zakładam, że co drugie dziecko jęczy Wam moi mili zapewniając na kolanach niemalże jakie to będzie odpowiedzialne, jak będzie dbać, że absolutnie i śnieg i deszcz i wiatr jest niestraszny i one nawet o tej 5 są gotowe ze smyczą w dłoni wyjść ze swoim czworonogiem. Zakładam również, że może 2 % ze wspomnianej powyżej statystyki spełni powyższe zapewnienia, reszta odpuści przy pierwszym jesiennym deszczu.

 

Ja na przykład założyłam, że psa już nie będzie. Nie ma to nic wspólnego z moją sympatią do czworonogów, gdybym była sama zapewne mieszkałby ze mną jakiś pies, ale ponieważ mam 3 narybku w tym jedno jeszcze na cycu do tego nie męża informatyka, wiecznie w pracy to nie zamierzam nabywać nawet ułamka psa. Nabyłam za to świnkę morską, która po kilku miesiącach okazała się uroczym świnkiem, kiedy to przypadkiem nacisnęłam jeszcze ją na brzuszek i wyszedł siusiak. Do momentu, kiedy świnka była płci pięknej moje dziecię się nią zachwycało, kiedy okazało że, niestety, miłość jakby zmalała. Po jakimś czasie do świnki został dokooptowany królik miniaturka, ponieważ głupia ja naczytałam się, że świnek i królik mogą razem mieszkać, i dzięki temu nie będą samotni. Wydawało mi się to logiczne, świnek w klatce był osowiały a tak będzie miał kompana i małych nie będzie. Wydarzenie to, zostało poprzedzone błagalnymi modłami dzieci moich, oświadczeniu na piśmie, że będą się nimi zajmować. Nawet złożyli się wspólnie na zakup, udziały nie były równe, większość miałam młoda 70 %.

Oczywiście to o świnku i króliku okazało się bujdą na resorach. Zwierzaki z uwagi na zew natury musiały i tak zamieszkać osobno, gdyż zawsze któreś było na górze. Najpierw dominował świnek potem królik. Ja związków kombinowanych nie uznaję, tym bardziej nazwijmy to partnerskich.

Na chwilę obecną zwierzaki pośmierdują w pokoju młodej i generalnie było by wspaniale, bo królik biega i zachowuje się niemalże jak pies, ale z obietnic dzieci moich, tych, co je już tyle lat wychowuję pozostał chuj wielki i bąbelki, że tak powiem.

 Wiecie ile muszę się naprosić aby nakarmiły, nalały wody, wyrzuciły te tony kup?!

Każdego dnia to samo.

Nakarmiliście puśki? Zaraz. Zaraz to taka wielka bakteria. Mamo przecież muszę się uczesać, zaraz. Mija kolejne 10 minut. Nie popuszczam. Nakarmcie futrzaki. Zaraz. Potem już nie będę cytować. Mam oczywiście patenty ostatniej szansy. Na przykład nie daję dzieciom jeść dopóki one nie nakarmią swoich futrzaków lub nie pozwalam wyjść z pokoju dopóki nie wyniosą kup. Młoda nie może wyjść na dwór dopóki nie wypuści świnka z klatki na 15 minut. Wiecie ile krzyku było o te 15 minut wolnego wybiegu dla świniaka?! Losie drogi. Dopiero przymusowy areszt ją zmobilizował.

I rozumiecie jak teraz słyszę o psie to mnie strzela. Włosy mi dęba stają i iskrzy, jak bym była fajerwerkiem już dawno bym się wystrzeliła. A moje dzieci uprzykrzają mi życie pytaniami o kundla z zaskakującą regularnością wybierając najmniej właściwe momenty na przykład w sklepie przy kasie albo u lekarza. I znają moje zdania i wiedzą, że ich odpowiedzialność w stosunku do tych futerkowych, które już u nas rezydują jest grubo poniżej normy to i tak jęczą. Może trzeba było zacząć od psa………

Zapisz

Zapisz

Podobne wpisy