Zanim młody numer trzy się urodził naczytałam się wielu felietonów i artykułów, co to za cuda można robić leniuchując na urlopie macierzyńskim. I nauka i fitnesik i biegi przełajowe i spotkania towarzyskie, kosmetyczka i fryzjer i w ogóle świat soi otworem nic tylko robić i rodzić.

 

I wiecie, co nawet poniosła mnie fantazja i zaczęłam w to lekkomyślnie wierzyć. Nie ważne, że przecież jestem matka z 10 letnim stażem i pamiętam, co nieco. Pisałam już o obdarciu ze złudzeń w innych artykułach, teraz już złudzeń nie mam czasu na wszystkie powyższe też nie za dużo.

 

I tutaj nie będę przekonywać, że z 3 miesięcznym dzieckiem można jak sarenka z fotelikiem takim leciutkim wskoczyć zwinnie do autka, uprzednio upchnąwszy w bagażniku leciusieńki i mieszczący się wszędzie stelażyk jego bryki i jechać na podbój świata. Ja osobiście nie czerpię przyjemności z wyżej wymienionych, ocieram tylko pot z czoła wpychając wspomniany stelaży, co miał się zmieścić nogą kurwując pod nosem i kombinując, pod jakim katem go upchnąć, aby bagażniczek raczył się zamknąć. Następnie modlę się, aby młode wytrzymało do kolejnego karmienia, kiedy ja zdobywam ten cudowny świat wylawszy na siebie uprzednio tonę antypenspirantu, co by ludzi nie straszyć. Dodatkowo jestem świeżo upieczonym kierowcą, co poniekąd nie ułatwia mi życia. Trochę popadłam w jakiś marazm, utknęłam w tych czterech ścianach i nie mogłam się do niczego zebrać, ciągle brakowało czasu, jak już czas był to brakowało siły, jak było i to i to, to brakowało chęci. Słabo się zrobiło. W końcu powiedziałam sama sobie stop. Tak nie można, trzeba o siebie zadbać zrobić sobie dobrze. I tak się wzięłam i wróciłam do korzeni. Teraz codziennie, kiedy młode usypia, a dzięki Bogu ma już stałe pory kimania i punktualnie o 9: 30 daje mi równe 40 minut luzu. Wtedy ja szybciuteńko b każda sekunda na wagę złota, zabieram się i to robię. Najpierw, zanim zaczęłam to praktykować, zrobiłam zwiad w necie, zebrałam opinie. Trochę się wahałam czy dam rade, czy to nie słomiany zapał. Na szczęście nie poddałam się i już 3 tydzień wypacam się z koleżanką Chodakowską męcząc jej skalpel. Muszę Wam powiedzieć, że to było najlepsze posunięcie. Owszem pierwszy tydzień był masakryczny, powłóczyłam nogami, wejście po moich schodach graniczyło z cudem, mięśnie pośladków czułam nawet siadając na krześle, ale teraz śmigam jak ta lala. Wypacam zmęczenie, złość i frustrację. Co prawda nie przypominam prowadzącej, która z rozwianym włosem bez kropelki potu błogim tonem powtarza jak do niemowlaka dasz radę i tak dalej i jaka jest ze mnie dumna. Pot ze mnie się leje zdrowo. Włos sklejony na skroni. Nic to, efekty małe, bo małe, ale już widać. Pośladki spięte i napięte brzuchol się wciągnął i już nie przypomina worka na zakupy nawet odrobina celulitu z udek zeszła. Polecam z całego serducha. To nie musi być Chodakowska ani ćwiczenia, może to być cokolwiek innego, po czym możemy się wyżymać. Nic tak nie polepsza samopoczucia jak wysiłek fizyczny. Ja dostaję kopa na cały dzień. Endorfiny są ze mną do wieczora. Teraz jeszcze zamówiłam od Mikołaja zestaw paznokciowy, nauczę się hybrydek i sobie będę robić dobrze podwójnie a co.

A Wy macie jakieś swoje patenty?

Podobało się? Zostaw po sobie ślad, możesz polubić, skomentować…. Albo wracać, będzie mi miło.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Podobne wpisy