Praca po urlopie wychowawczym co musisz wiedzieć. Matka na rynku pracy nie ma lekko. Czy ma jedno dziecko, dwoje czy więcej…. Dzieci potrzebują nas, naszej uwagi, dzieci chorują, trzeba się nimi opiekować. Nie zawsze jest rodzina do pomocy a niania to też temat rzeka. Życie pisze różne scenariusze. Możemy coś zakładać, planować i…… tyle 🙂

Pracowałam odkąd sięgam pamięcią. Już, jako nastolatka latałam i sprzedawałam płyty z muzyką różną, książki i inne rzeczy. Generalnie zostałam wychowana w duchu: nie ma i nie będzie, jak potrzebujesz to sobie zarób. I tak robiłam. Studia ogarniałam w trybie zaocznym, pracując na kasie w markecie. Była to fajna szkoła życia.  Co prawda kokosów z tego nie miałam, ale czułam niezależność. Później przeszłam do bankowości. I tam już było fajnie. Uczyłam się dobrze, miałam stypendia. Na trzecim roku dowiedziałam się o ciąży i moje plany trochę podupadły. Nie to, że się nie cieszyłam, nie zrozumcie mnie źle. Chodzi o to, równie mocno chciałam mieć sukcesy w sferze zawodowej.

Życie pisze czasami swój scenariusz. Oczywiście ja wiem, że jest coś takiego jak decyzje, które podejmujemy, ale są one często efektem różnych zdarzeń. Uwierzcie mi. I tak dom, dziecko, mąż, praca, szkoła. Trochę mi się zagęściło. Musiałam zdecydować do dalej. Macierzyński trwał wtedy 4 miesiące. Nie wyobrażałam sobie oddać młodej do żłobka, miałam możliwość pracy z doskoku i zaczęłam przygodę z urlopem wychowawczym. Później jak już wsiąkłam w bycie mamą, pomyślałam o drugim dziecku, aby pierwsza miała kogoś więcej, poza nami. Najlepiej iść ciągiem, dwa lata różnicy i do przodu. Tak słyszałam. I tak zrobiliśmy. Pojawił się drugi. Z drugim pojawiły się perturbacje z jego zdrowiem, perturbacje w naszym związku trwały już od jakiegoś czasu, generalnie wszystko się skomplikowało. Znowu nie mogłam wrócić do pracy. Młody nie mógł uczęszczać do żłobka. I znowu urlop wychowawczy, prace zdalne i tak dalej.

Rozumiecie, człowiek pracuje, ale nie może się pochwalić osiągnięciami, na rynku pracy jesteś kobietą siedzącą w domu na urlopie. Nikim więcej.

Do pracy wróciłam jak drugi poszedł do przedszkola. Było super. Bardzo szybko weszłam w rytm, w ferwor zajęć. To był piękny okres. Niestety, po dwóch latach były reorganizacje placówki…. Wróciłam po długiej przerwie i zwyczajnie miałam mniejsze poparcie, niż ludzie, którzy pracowali cały czas. Potem miałam swoją działalność, a jeszcze później pojawiło się kolejne miejsce pracy i….. Poznałam NM. Jak poznałam NM to pojawił się trzeci. Miał się pojawić później, ale jakoś tak wyszło mu szybciej. Oczywiście samo nie wyszło, miał nasze przyzwolenie i pełne poparcie….. Tylko zakładałam, że no wiecie lata, stres, zanim się wystaramy to pewnie z rok. A tu pyk i dwie kreski. Cieszyłam się. Trzeci był zaplanowanym dzieckiem, tylko się pospieszył. I znowu musiałam wszystko przeorganizować. Przywitałam się kolejny raz z urlopem wychowawczym. Szczerze nienawidzę tego określenia z całego serca. Na boku pracowałam zdalnie, robiłam wiele rzeczy, bo ja muszę, zawsze musiałam robić coś jeszcze.

I widzicie mam 38 lat. Staż pracy ciągiem od 19 roku życia plus jakieś epizody wcześniej. Tylko w tej mojej ścieżce mam wyjęte 8 lat, które spędziłam na wychowawczym. I wiek. Już wiek.

I do czego zmierzam…

Ostatnio byłam na rozmowie o pracę. Tak z czapy, była okazja, pomyślałam, czemu nie, zobaczę, dawno nie byłam. Co mi szkodzi. Nowe doświadczenie. Może będzie fajnie. I wiecie, co? Było fatalnie. Poczułam się totalnie zgnieciona. Serio. Mimo, że jestem silną osobą i mam poczucie własnej wartości. Już nie będę Wam opisywać szczegółów, bo osoba prowadząca spotkanie pozostawiała dużo do życzenia, ale jeden element był dla mnie wyjątkowo wymowny.

– To ile ma Pani dzieci? –  Padło pytanie

– Troje. Najmłodsze właśnie zaczyna przedszkole a ja w końcu mogę wrócić do pracy w pełnym tego słowa znaczeniu

– To przepraszam ile Pani siedziała w domu?….

Ile Pani siedziała w domu? Rozumiecie. Oczywiście odpowiedziałam, dodałam, że nie siedziałam tylko cały czas coś robiłam. Wymieniłam zajęcia, czego się nauczyłam …. Ale to i tak było bez sensu. W oczach tej osoby już byłam przegrana. Ten człowiek nawet mnie nie słuchał. Generalnie mną gardził. No, bo jak, tyle lat? W domu?

Myślicie, że mój przypadek jest odosobniony? Nie. Rozmawiałam z dziewczynami, mamami i niestety nie tylko ja się spotkałam z takim podejściem.

A tak naprawdę kobieta, która ma dzieci nie jest pracownikiem drugiego sortu. Jest bardziej zorganizowana, odporna na stres do bólu, wielozadaniowa w stopniu poza skalą, nastawiona na pracę. Z zapałem, werwą. Ja taka byłam. Dzieci mi dały bardzo dużo. Tylko powiedzcie jak takiemu bucowi wytłumaczyć, że ten człowiek, ta kobieta, ona nie jest nikim, tylko kimś wyjątkowym, właśnie dzięki temu, że poświęciła ten czas na wychowanie dzieci i poniekąd samodoskonalenie?

Mieliśmy kiedyś samochód, to był mój pierwszy samochód, który kupiliśmy zaraz po tym jak zdałam prawo jazdy. Opel. Biały. Rocznik 2006. Diesel. Mocny, ciężki jak chuj, nie do zaorania. Nie było sytuacji, aby nie odpalił. Był niezawodny. Mój Opel. Samochód dla mas, niczym się nie wyróżniał. Zlewał się z innymi samochodami na ulicy. Ale ja wiedziałam, że jest mocny, że ma potencjał, że mogę na niego liczyć. Ja wiedziałam. Bo się o tym przekonałam. Pomyślałam sobie, że ja jestem właśnie jak ten mój Opel. Rocznik już nie najlepszy, ale nadal jest moc. Nawet za bardzo się nie sypię…. I ja sobie jeszcze ogarnę, ułożę, trafię w swoje miejsce, jak zawsze, tylko może będzie trochę trudniej.

Chyba nie będzie puenty….  ale dodam coś jeszcze bardzo ważnego….

Jeżeli jesteś kobietą, która wychowywała dzieci, to pamiętaj, jest to Twoja zaleta. ZALETA. Nie wada. I nigdy nie daj sobie wmówić, że jest inaczej. NIGDY.

Może również zainteresuje Cię temat DLACZEGO MAŁE DZIECKO PŁACZE

P.S. Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post, zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu  Możecie go też udostępnić swoim znajomym. Dziękuję! :*

Podobne wpisy