Pierwszy raz wyjechaliśmy na ferie zimowe z dzieciakami, jakoś do tej pory nam się nie składało, albo nie mieliśmy urlopów albo nikt nie chciał albo zwyczajnie woleliśmy posiedzieć w domu. Tego roku był spontan totalny, decyzja zapadła w jeden dzień. Postawiliśmy na Słowację, bo już tam byliśmy z NM i nam się spodobało i jakiś kawałek serducha został tam właśnie.

Na pewno wiecie, że wyjazdy z dziećmi trudno zaliczyć do urlopów, jest to raczej wyczyn i pełna mobilizacja, ale wiadomo trzeba spędzać razem czas, budować wspomnienia, aby kiedyś wracać do tych kadrów. Więc się zorganizowaliśmy wybraliśmy całkiem fajną miejscówkę, przynajmniej tak nam się wydawało no i pojechaliśmy. Przed wyjazdem jeszcze zaliczyliśmy jakiś epizod jelitówki, ale to było PRZED, więc się cieszyliśmy, że nie na wyjeździe, bo to nam się też zdarzało niestety.

Podróż jak podróż, trzeci spał, drugi, co chwilę pytał daleko jeszcze a pierwsza z koleżanką starały się kimać na samym końcu naszego autobusu, co nie jest łatwe, bowiem siedzenia w trzecim rzędzie do najwygodniejszych nie należą, ale jak przeżyły Chorwację to proszę ja was 6 godzin to jak splunąć, naprawdę. 

Generalnie droga minęła nam o dziwo bez perturbacji w postaci korków, pożarów, ataków UFO i innych kataklizmów, które nas lubią szczególnie, kiedy jesteśmy daleko od domu.

Dojechaliśmy miarę wypoczęci, tylko miejsce docelowe nie do końca pokryło się z naszymi wyobrażeniami. Poprad, zimowa stolica Słowacji, malował się w mojej głowie tak no wiecie światowo, ładne miasteczko, oświetlone, mili ludzie, do gór rzut beretem, jakby cywilizacja większa i więcej miejsc, które miały nam umilać wieczory a tu taka nasza Łódź tylko 15 lat wstecz.

Ponieważ jest nas sporo postawiliśmy na wygodę i wynajęliśmy taką sporą kwaterę, dodatkowo stylizowaną na chatę, klimatyczną, z drewna z antresolą rozumiecie, aby dzieciaki spały na górze my na dole plus trzeci, bo on beze mnie się nie ruszy. Zdjęcia były dobrze zrobione, bardzo dobrze cena była przyzwoita. Człowiek się cieszył, a tu pensjonat przy głównej ulicy nad rzeczką taką śmierdzącą i widokiem na LIDLA. Przywitaliśmy się z gospodarzem tego cuda, już chcemy wchodzić do hotelu, który jeszcze miał, jako taki wygląd, więc była nadzieja, zakładałam, że ta chata to poddasze z antresolą wystylizowane, tak trochę wynikało z ogłoszenia, ale nie, zostaliśmy zaprowadzeni na tył budynku i tam stał taki Hmmmm przerobiony barak bym powiedziała. I ten barak był z drewna, zrobiony rękami gospodarzy, co być może miało dodawać uroku i klimatu, ale pierwsze wrażenie zrobił na nas ……… brakuje mi słowa, aby je oddać. Bo widzicie już sam fakt, że obok była duża ruchliwa ulica i LIDL, co było na plus, ale rozumiecie było ciemno gór nie było widać, dzieciaki chciały klimat zimowy, taki, że zaspy i góry kominek te sprawy a tu rzeczka pachnąca szlamem, gór nie uraczysz, bo ciemno, za to LIDL widać i ruchliwą ulicę słychać, więc co się nasłuchaliśmy to nasze. Do tego w klimatycznej chacie brud, pająki, pajęczyny i woda ciepła pachnąca szlamem, bo gruntowa i tylko do mycia jak nam powiedział później gospodarz. Wierzcie mi miałam moment, kiedy chciałam kazać dzieciom moim wracać na pieszo do Łodzi jak tak im źle.

Człowiek nie wiedział, co zrobić, bo szkoda czasu na szukanie czegoś innego, poza tym jakoś tak głupio, bo gospodarze w dupę mili i może to my mamy bóg wie, jakie wymagania, może właśnie tak miało być, może mieliśmy wylądować w tej chacie pachnącej szlamem z jakiś powodów. Nic, po burzy mózgu postanowiliśmy się przespać i podjąć decyzję rano.

I wiecie co? Muszę wam powiedzieć, że ta śmierdząca chata to był strzał w dziesiątkę. Nie było w niej telewizji, bo antena nie działała, a dekoder to była tylko taka mistyfikacja, zasięg był fatalny, więc dzieciaki musiały zostawić telefony i zwyczajnie zaczęliśmy być razem. Ogarnęliśmy ten syf i zrobiło się znośnie, człowiek się przyzwyczaja. Co prawda nikt nie chciał spać na górze bo pająki podobno pożerają dzieci w całości. Dzięki bogu w salonie poza naszym łóżkiem, stała taka stara rozpadająca się rogówka która dała radę. Codziennie rano robiliśmy wielkie śniadania przed wypadem w góry, siedzieliśmy, gadaliśmy o wszystkim nikt się nie spieszył, na luzie, wieczorami graliśmy w gry, wygłupialiśmy się byliśmy sobie tak zwyczajnie, w tej chacie. Lokalizacja okazała się świetna wszędzie było, blisko więc były góry, zaspy kolejka jaskinie, dużo atrakcji, dużo wspomnień.

I co było najwspanialsze, to zdanie, jakie powiedziała mi pierwsza po powrocie do domu…

Wiesz mamo, ta chata była fajna, mimo że ta woda waliła szlamem, ale…. Byliśmy razem i to był super czas…..

Nie zawsze trzeba jechać do super pensjonatu, nie musi być 5 gwiazdek, bo tam dom gdzie my jesteśmy, musimy tylko być razem nie obok siebie i wszystko można obrócić na korzyść. Taki morał tej historii a teraz trochę zdjęć, aby pokazać, że te zaspy były i śnieg i góry piękne również…

Drewniana chata szlam i inne zjawiska.

P.S. Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post, zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu  Możecie go też udostępnić swoim znajomym. Dziękuję! :*

Podobne wpisy